Birma 2009 - kilka słów o mnichach

Nie sposob nie napisac o mnichach, nie wspomniec chocby w kilku zdaniach o ich serdecznosci, otwartosci i spokoju. Mnichow w Birmie jest ponad 500 tysiecy, stanowia bardzo silna grupe spoleczenstwa. Podczas
“Szafranowej Rewolucji” mnisi pierwszy raz otwarcie wystapili przeciwko rzadzacej wladzy. Ze wzgledu na to, ze mnich jest bardzo szanowanym czlowiekiem w spoleczenstwie, jawna krytyka junty wojskowej byla dla generalow policzkiem w twarz.

Podczas wizyty w klasztorze, spotkalem trzech nauczycieli: pierwszego podczas lekcji w przytoczonej w poprzedniej wiadomosci sali, zwanej “kanton”; drugiemu z nich zostalem przedstawiony w trakcie lekcji, kiedy przerwal swoj wyklad i prowadzilismy dyskusje podczas zajec; trzeci z nich naucza prawdopodobnie mlodych mnichow, gdyz uslyszalem, ze
jego nauki sa jeszcze proste (doslowne przytoczenie). I pewnie dlatego zaprosil mnie w drodze powrotnej na dzien lekcji buddyjskiej. Ciekawa byla takze rozmowa - Ven podszedl i powiedzial, ze jego nauczyciel chce ze mna porozmawiac. Po kilku zdaniach, wszyscy sie usciszyli a Ven zapytal sie mnie: mozesz teraz zadac pytanie masterowi. O co chcesz zapytac? I tak co kilka minut.


Kilka razy, w tym takze uslyszalem to od jednego z nauczycieli w klasztorze, powiedziano, ze wygladam jak pilkarz Roni (podobno z Anglii, 
nie wiem tego bo nie interesuje sie tym sportem az tak mocno). Dzieki temu, ze przypominalem im kogos slawnego, prawdopodobnie
przygladali mi sie z wieksza ciekawoscia.


Powyzej jeden z mnichow podczas nauki. Wielu z nich, kiedy wszedlem do sali spokojnie drzemalo na tekowej podlodze.
Ven Sandasiri, pospiesznie budzil szturchnieciem wszystkich spiochow.

Dzien mnicha nie jest latwy. Wstaja wczesnie rano, nastepnie modla sie by potem zaczac nauki z nauczycielem. Kazdy mnich,
kadego dnia ma swoje zadania do wykonania na terenie klasztoru - jeden przynosi wode, drugi sprzta dziedziniec albo pokoje w hostelu.
Tak, na terenie klasztoru sa hostele, jak w Polsce akademiki na terenie uczelni. Dzialnosc nie konczy sie tylko na terenie klasztoru - wielu z nich wychodzi poza mury i pomaga okolicznym ludziom - tak wlasnie spotkalem
opisanego wczesniej nauczyciela, ktory pomagal mlodziezy w nauce angielskiego. Mnich nie posiada zbyt wielu rzeczy materialnych - nosza przy sobie pieniadze, skromna szate i klapki. Zarabiaja na zycie otrzymujac od ludzi dary, czesto w zamian wlasnie za pomoc przy roznego rodzaju naukach (nie wiem tego, ale wydaje mi sie ze nie znajde w Birmie mnicha,
ktory pracuje fizycznie zeby zarobic). Dzien konczy sie dla nich okolo godziny 2300.


Mnisi maja bardzo duzy respekt i szacunek wsrod Birmanczykow. Podczas wspolnego obiadu (bylo tam takze kilka osob z klasy, z ktora prowadzilem krotkie zajecia), wlasciciel restauracji stanal przy Ven Sandasiri (jeden z mnichow) i podniosl nieznacznie miske ryzu, z szacunkiem skinal glowa i postawil z powrotem na stole. Mnisi spokojnie czekali az skonczy i dopiero zabrali sie do jedzenia.

Podobnie bylo w kafejce internetowej - wielu z nich ma swoje ulubione miejsca, gdzie czesto wlasciciele odstepuja im
stanowisko. Kiedy bylismy na poczcie, bylo podobnie - od razu
znalazlo sie miejsca dla nas a cena byla duzo nizsza niz wynikala z cennika.


Dla mnichow, jak powiedzial jeden z nich, wazne jest odczuwanie, wspolczucie i empatia. To zapewne dlatego kazdy z nich,
po krotkim poznaniu zachowuje sie jakby znal kogos wiele, wiele lat. Ani razu przez kilkanascie godzin jakie spedzilisymy
razem, nie bylo miejsca na nieporozumienie czy niecierpliwosc. Nawet kiedy dzwonilem do swojej rodziny, zeby poinformowac
ich ze wszystko jest w porzadku, klepali mnie po ramionach i w jakis sposob wspierali, siedzac po obu stronach. Czekali
takze kiedy nie moglem przeslac informacji do Was (access forbidden, not allowed - norma). Kiedy udalo sie przeslac pliki przez Skype, cieszyli sie jak dzieci z sukcesu. Cudzoziemcy to swietna okazja do nauki angielskiego, z czego korzstaja na kazdym kroku - nawet w rozmowie miedzy soa, starali sie mowic po angielsku. Jeden z mnichow w klasztorze podszedl do mnie
i zapytal czy mozemy porozmawiac. Czulem jakby testowal swoja znajomosc jezyka i wyraznie zadowolony, powtarzal pomiedzy
kazdym zdaniem OK, OK, napedzajac swoje mysli.


Kilka informacji dla Rafala, Mroczka i dla pozostalych czytelnikow.
Teraz kiedy pisze te slowa (jest 6 marca 2009, godz 2130 wg. lokalnego czasu), mieszkam w hostelu Golden Myanmar w Baganie, a dokladniej w dzielnicy Nyang U, blisko marketu. Koszt noclegu - 5USD ze sniadaniem za pokoj. Wynajalem rower (1000khyat za dzien), poniewaz znajdujace sie w Bagan swiatynie sa porozrzucane po duzym obszarze - i chyba to jest najlepszy, najzabawniejszy i najtanszy srodek lokomocji (szybszy od zaprzegu z konmi: dzisiaj wyprzedzilem kilka ze zdziwionymi minami
turystow) ). W niedziele 8 marca wyjezdzam z Bagan i prawdopodobnie znajde sie w okolicy Mandalay, a dokladniej Amarapura. W okolicach 14stego bede gdzies kolo Inle Lake. Mam juz gotowa relacje z Bagan i podrozy do tego miasta, musicie poczekac na kolejne podlaczenie do Internetu (oraz kilka nowych fotek - udalo mi sie zrobic kilka kolejnych). Problem z pradem powoduje, ze co chwila gasnie w calym miescie
swiatlo i po minucie startuja generatory - teraz siedze przy recepcji bo jest tutaj prad i korzystam ile mozna - do nastepnego
gniazdka, mozna by rzec :)

Pozdrawiam,
M.Z.
PS. Tym razem podziekowania dla Krzyska K - fpt, skype - wszystko zawiodlo - ale tym razem poczta oinet dala rade:) Dziekuje!


Birma 2009 - Pyay, miasto mnichów

Flower World

Ludzie sa jak kwiaty w wielkim ogrodzie jakim jest swiat. Wszystkie kwiaty na ziemi podazaja do Pan Ba Ga - to krociutka historia nazwy skromnego guest house (w miescie Pyay, 294km a polnoc od Rangun), ktora opowiedzial mi wieczorem jego wlasciciel. “Pan” znaczy kwiat. “Ba Ga” to swiat, tlumaczy 50cio latek, prawdopodobnie chinskiego pochodzenia.

Jednak od kilku miesiecy, Pan Ba Ga jest umierajacym ogrodem. Pol roku temu (a jest teraz 4 marca 2009), zmienila sie trasa po ktorej turysci, w tym zza granicy, podazali przez Pyay (czytaj: Pi) w drodze do Bagan. Rownolegla do trasy Rangun - Bagan, jest trasa Rangun - Meiktila w kierunky Mandalay. Obie trasy podazaja na polnoc, rownolegle do siebie. 
Wygrala lepsza technicznie droga a co za tym idzie - szybszy dojazd, wiekszy komfort jazdy i wyzsza cena.

Wazny wezel komunikacyjny, jakim jest miasto Pyay, powoli traci na swoim znaczeniu, przynajmniej pod wzgledem turystycznym (zupelnie nieslusznie). Dlatego, w chwili kiedy pisze te slowa, w calym miescie dziala tylko jeden guest house dla cudoziemcow i Birmanczykow, a w nim, oprocz kilku
mnichow zameldowane sa narodowosci: z Hiszpanii (1 osoba), z Japonii (1 osoba), z Polski (1 osoba). Jeszcze do dzisiaj, do godziny 16stej bylo
nas 5ciu “obcych”, ale Rafal z Gosia pojechali w swoja strone, w okolice Mrauk U. Od tej pory, zaczela sie samodzielna
podroz, ktora od razi nabrala przyspieszenia. 

I tak oto w zaledwie kilka godzin “samotnosci” zdazylem przeprowadzic wyklad w szkole, w jezyku angielskim (na prosbe Mistrza
z pobliskiego klasztoru). Temat: Polska i powiedz cos o podrozowaniu. Ale po kolei.

Birmanska lekcja o Polsce

Po krotkiej wizycie w jedny z licznyh klasztorow w Pyay, dwaj mnisi, ktorzy oprowadzali mnie po swiatyni, prowadzili mnie teraz wsrod drewnianych chat, po suchej, wpadajacej w pomaranczowy kolor drodze. Po kilku minutach zatrzymalismy sie przy jednej chacie, do ktorej wbiegl jeden z towarzyszacych mi mnichow. Widzialem jeszcze jak sciagnal buty i wszedl po schodach na mala antresole. Master - powiedzial tylko drugi mnich wskazujac na pietro. Po chwili z chaty wyszedl trzeci mnich, ktory
jak sie okazalo, mowil po angielsku.


Wytlumaczyl mi, ze mnisi, ktorzy mnie przyprowadzili nie znaja angielskiego i dlatego zabrali mnie do swojego nauczyciela z klasztoru, ktory poza swiatynia uczy takze mlodziez angielskiego. Po kilku minutach rozmowy, zapytal grzecznie, czy nie chcialbym w jego klasie porozmawiac z uczniami po angielsku - dla nich to swietna okazja do spotkania z cudzoziemcem i
nauka jezyka. Zdecydowalem sie bez wachania.

Stanalem na srodku antresoli, gdzie skierowane we mnie twarze czekaly w ciszy, wpatrujac sie z lekkim napieciem. Poczulem lekka treme. Co powiedziec, od czego zaczac? Przerwalem cisze i powiedzialem:

- Czesc, bardzo mi milo Was poznac. Czy chielibyscie poslcuhac o moim kraju?
- Taaaak! - klasa krzyknela jednym glosem.

Po chwili wiedzieli juz, skad jestem, gdzie lezy Polska, z kim dzielimy granice, gdzie jest stolica itd. Potem zaczely sie pytania jak sie tutaj dostalem, gdzie jade, czy podoba mi sie Birma. Nauczyciel w tym czasie stal usmiechiety w rogu, osmielajac slowami lub gestem do zadawania pytan. Stojac tak przy tablicy z pisakiem w dloni, rysowalem po kolei
mape Polski, zaznaczalem miasta, pokazalem trase lotu i trase podrozy w Birmie. Na koniec klasa podziekowala a Master poprosil jednego z mnichow (na zdjeciu ponizej pierwszy z lewej), zeby zaprowadzil mnie z powrotem do klasztoru. Ponizej zdjecie czesci klasy (niestety nie objalem calego pomieszczenia)

Modlitwa w “kanto”


Mlody mnich (Ven Sandasiri, zapis fonet imienia), ktory okazal sie bardzo sympatycznym 21 latkiem, oprowadzal mnie teraz po klasztorze, cwiczac w rozmowie swoj angielski. Nie jestem specjalista od tego jezyka, ale poziom znajomosci angielskiego w Birmie jest niski, przez co nawet moja nieskladna mowa w tym obcym takze dla mnie jezyku jest dla wielu Birmañczykow niedostepna. Po chwili weszlismy do “kanto” (zapis fonetyczny), obszernej sali, na srodku ktorej modlilo sie kilkudziesieciu mnichow, glosno powtarzajac za swoim nauczycielem slowa. Nie przerywajac modlitwy, Ven Sandasiri, ktory mial blogoslawienstwo od Mastera ze szkoly, wskazal na mnie i po chwili w sali zapalono swiatla - tylko po to, zebym mogl zrobi kilka zdjec. Wyobrazcie sobie jakie bylo moje zdziwienie majac w pamieci problemy ze zdjeciami w innych krajach,
jakie bylo moje zaklopotanie, ze przerywam atmosfere modlitwy zapalajac jarzeniowki na suficie. Kilka razy zapytalem czy to nie problem, przepraszalem mowiac, ze nie ma potrzeby, ze nie chce robic klopotu - ale Ven Sandsirii uparcie i z usmiechem odpowiadal tylko: no problem!


Korzystajac z okazji, zrobilem kilka ujec ale nie chcac naduzywc niezwyklej goscinnosci tych ludzi, umowilem sie z Ven’m na jutro, zeby porobic zdjecia bez lampy, w swietle dziennym.

Kilka slow o Birmie

Pierwsze wrazenie po Bangkoku? Spokoj, cisza i brak turystow. Kilkakrotnie pomylilem lokalnych ludzi z turystami - o jest jeden mowie, zapytam sie o podroz. Podchodze blizej - Birmanczyk. Fotograficznie uwazam, ze jest to numer jeden wsrod krajow jakie mialem okazje zobaczyc. Jedynym utrudnieniem do zwiedzania i tym samym zrobienia zdjec jest junta wojskowa i ich rzady oraz nieznosny, ponad 40 stopniowy upal. O ile pierwszy z nich zamknal cale regiony, do ktorych nie mozna dojechac, albo mozna ale trzeba miec pozwolenia (co zabiera czas i dolary), o tyle drugi z nich zniecheca skutecznie do jakiejkolwiek
aktywnosci. 

W Birmie podrozuje sie ciezko. Nigdy do konca nie wiadomo, gdzie mozna sie zatzymac na noc a gdzie jest to zabronione (jutro o 5pm wyjezdzam do jakiejs miejscowosci, ktorej nazwy nie jestem w stanie powtorzyc, a w ktorej jak nie zdaze na busa do Bagan, bede musial czekac na przystanku lub w pobliskiej kafejce - nie moge w tym miejscu spac, bo nie ma zadnego
guest house dla cudzoziemcow). Z powodu tych problemow zrzygnowalem takze z podrozy na polnoc, gdyz nie wiem dokladnie czy droga powrotna jaka sobie wymyslilem jest mozliwa do realizacji. Tak wiec na razie jezdze od miasta do miasta, starajac sie zobaczyc co tylko sie da. Napotkany 
Hiszpan z Japonka zapytali czy wiemy gdzie jechac w Birmie - sa takze pierwszy raz i nie wiedza za bardzo co robic. Nie wiem czy z powodu trudnosci w podrozowaniu czy innych, ale pozostaja w Pyay 8 dni. Biorac pod uwage, ze wszyscy w Birmie maja tylko wizy na 28 dni, chyba jednak sie zniechecili do glebszej eksploracji kraju. Trzeba jednak przyznac, ze transport, zamkniete regiony, zamkniete miasta dla noclegow - nie ulatwiaja poruszanie sie po tym kraju. 

Ciekawostka sa takze pieniadze i platnosci. Za hotele - placi sie tylko dolarami. Za pozostale rzeczy placi sie Kyat’ami (cziat). Wszystko byloby
w porzadku, gdyby nie ilosc pieniedzy jaka sie otrzmuje za 1 USD (okolo 1000 Kyat). Tak wiec w Rangun, na czarnym rynku, siedzac na tylnym siedzeniu taksowki, dokonalismy wymiany 200USD na Kyaty (na osobe), a w zamian dostalismy dokladnie 192.000 Kyatow - dwa, grube
na 3 centymetry zwoje pieniedzy. Pojawil sie problem natury organizacjnej - gdzie to schowac? W koncu z Rafalem jeden plik po prostu nosilismy (i nadal go tak nosze) w kieszeni przy udach. 

Jeszcze 4 lata temu, kazdy wlasciciel hostelu, ktory ma licencje na to, zeby przyjmowac cudzoziemcow, musial kazdego wieczora zadzwonic na policje i zglosic kazdego cudzoziemca zameldowanego w jego hostelu. Na szczescie, czasy sie zmienily i procedura ta zostala zawieszona. Druga ciekawostka to taka, ze kupujac bilet na autobus, ktory jedzie z
punktu A do punktu Z, a my chcemy wysiasc np. w punkcie D, to zaplacimy za trase od A do Z.


I jeszcze jedna, zabawna sytuacja. Autobus do Pyay zatrzymal sie gdzies na wiosce (przynajmniej tak wtedy sadzilismy). Wysiedlismy we trojke rozprostowac kosci. Kierowca i jego pomocnik mowia: OK, OK i pokazuja cos na jakis dom. Nagle ruszaja dalej (a w srodku nasze duze bagaze).
Wolamy za nimi, a ci znowu: OK, OK - pokazuja na dom i znikaja nam z oczu. No to w koncu dajemy za wygrana i stajemy, sadzac, ze autobus
zaraz wroci w miejsce gdzie nam pokazywali. Czekamy chwile - nie ma. Po okolo 15 minutach - nadal nie ma. Sprawa wyjasnila sie, kiedy jeden z Birmanczykow powiedzial nam, ze to jest wlasnie Pyay (sic!). Czyli kierowca i pomocnik mowili OK, OK i pokazywali nam na hostel w Pyay, bo mysleli, ze my juz tutaj wysiadamy (w koncu mielismy przy sobie podreczne bagaze). Szybko zlapalismy riksze, na ktora zapakowalismy sie cala trojka i gonimy autobus.

Ale jak gonic autobus rowerem, bez silnika, przerobionym na riksze? Na szczescie, Pyay okazalo sie ostatnim przystankiem i znalezlismy bagaze u kierowcy.
Tyle slow, mysle ze bardziej pobudze wyobraznie tymi kilkoma zdjeciami - sami zobaczcie jak wyglada Birma i jej mieszkancy. A to moi drodzy moj pokoik, z ktorego koncze wlasnie pisac te relacje. Za oknem pada deszcz, moskitiera chroni przed

komarami i ich wybranymi nosicielami malarii, po mojej prawej stronie glowy, na scianie, mieszka sobie jakis pajak a ja musze konczyc bo od dwoch godzin nie ma juz pradu a laptopa musze oszczedzac bo z elektryka tutaj bardzo kiepsko.
Pozdrawiam,
M.Z.
PS. Jutro wyjezdzam z Pyay, postaram sie chociaz to miasto zaznaczyc na mapie ale nie obiecuje bo Internet jest tutaj podobno tragiczny.
PS2. Dzieki dla Pawla - przeslalem mu foty i tekst via Skype, ktore wrzucil na ftpa juz z Polski - bez tego nie bylo tego newsa.


Birma 2009 - Bangkok, Tajlandia

Modelki podrózuja druga klasa


Droge do Warszawy “umilil” nam czas spedzony z dwiema modelkami. 
Wsiadly w Poznaniu a ze sposobu rozmowy, wygladu (byly mozna powiedziec - atrakcyjne) i zachowania nalezalo sadzic, ze oto Szanowni Panstwo, jedziemy z super modelkami, które maja wystep na ringu w Lublinie. Nie krepujac sie obcnoscia czterch innych pasazerów w przedziale pociagu PKP, zaznajamialy nas chcac lub nie ze wszystkimi osobami ze swojego kregu.

I tak oto uslyszalem, ze Jola powinna powinna byc bardziej wdzieczna Pauli za zalatwienie pracy - bo przeciez Paula wiecej razy jej pomogla. A to, ze Magda nie poradzi sobie i rozstanie sie ze swoim mezem (pilkarzem - tutaj glosne westchniecie Oli) bo wyjechal wlasnie do USA na kontrakt. No i Kasia, która sobie poradzi pomimo kryzysu, w odróznieniu od Magdy, bo
przeciez pochodzi z bogatej rodziny. Itd,itd,itd…

Po chwili zadzwonil telefon do jednej z nich. I znowu caly przedzial slyszy (telefon, podobnie jak glosy dziewczat, ustawiony byl w tryb “glosnomówiacy”. Rozmowa przebiegala mniej wiecej tak:

- Halo? Jestesmy juz w przedziale.
- To dobrze (jakis chlopak).
- Jedziemy razem z czterema panami.
- A przystojni?
- NIE (bez chwili wachania).
- To dobrze - konczy rozmowe luby.

Tak oto chlopak po drugiej stronie telefonu odetchnal z ulga, a z piersi czterech facetów w przedziale dalo sie prawie slyszec jek zawodu. Na szczescie panny “tipsy” (to nasza mala zemsta) pojechaly dalej
do Lublina a my w koncu wyladowalismy w Bangkoku, w slawnej dzielnicy Khao San.

Bangkok, Tajlandia.

Nie sposob nie skojarzyc Khao San z naszymi Krupowkami. W tej dzielnicy zatrzymuje sie wiekszosc turystowa a takze podroznicy, ktorzy sa juz na wyprawach od kilku miesiecy a moze i lat. Sama dzielnica nie jest duza w stosunku do metropolii jaka jest Bangkok (ponad 10 milionow mieszkancow), ale jest tutaj chyba najwieksze skupisko ludzi z roznych z roznych zakatkow swiata. Za dnia temperatura nie spada ponizej 35C,
w nocy jest 26. Trudno tutaj zaznac spokoju, ale traktuje to miejsce jedynie jako ciekawostke w drodze do Birmy.


Bangkok nie zachwyca, pewnie takze dlatego, ze w miescie trudno wytrzymac przy 40 stopniowej temperaturze i duzej wilgotnosci 
tego klimatu. Caly wiec dzien spedzilismy nad rzeka, zglebiajac tajemnice waskich uliczek i marketów. W ten sposób trafilismy na Flower Market, ktore ciagnie sie wzdluz ulic wprost na chodnikach.
Ponizej widok na czesc Flower Market:


Chowajac sie przed sloncem odpoczywalismy w cieniu magazynu, skad ladowano paczki do samochodow. Niewiel to dalo mi wytchnienia, poniewaz powietrze zdawaloby sie przylegac do ciala jak mokra, zatechla scierka. Ponizej jeden z “magazynierow”, pracujacy w pocie czola:


I jeszcze troche o transporcie. W Bangkoku króluja tuk tuki, czyli male motorowe pojazdy, które maja te zalete, ze wjada prawie wszedzie. Sa szybkie, bo omijaja korki i przeciskaja sie w waskich uliczkach, sa wygodne bo jadac mamy choc odrobine przeciagu, o który tutaj trudno. Jeden z takich tuk tuków (lekko zniszczony i bez charakterystycznej tylenj czesci dla pasazerow) prezentuje sie ponizej na zdjeciu:


Tyle o Bangkoku. Jeszcze tylko wspomne, ze pierwsze co mnie doslownie dotknelo to zapach - stechlego, wilgotnego powietrza. Wychodzac z klimatyzowanego lotniska nie sposob nie oprzec sie wrazeniu, ze dostalismy oto mokra scierka w twarz. Takze na roznego rodzaju marketach - zapachy sa rozne, w zaleznosci od miejsca. Pachnie jedzeniem, slodyczami, kwiatami,a smierdzi stechlizna, zgnilizna i starym, rybim miesem. To istna mieszanka dla woni, pobudza moj zapomniany w miescie zmysl do granic wytrzymalosci.


Birma


Mam nadzieje, ze Birma bedzie spokojniejsza. Jest tam zdecydowanie mniej turystów (wg. Lonely Planet 0,14% liczby turystów z Tajlandii)
co próbowalismy nawet liczyc: ilu turystów moze byc w regionach jakie chcemy zobaczyc. Rafal z Gosia zamierzaja pojechac na pólnoc, blisko morza, gdzie turystów jest znacznie mniej niz w centralnym Mandalay czy Rangun. Ja natomiast od razu po wyladowaniu w bylej stolicy chcialbym pojechac najdalej na pólnoc, gdzie wg. wspomnianego juz Lonely Planet, rocznie odwiedza okolo 300-400 osób.


Prawdopodobie bede miec spory problem z dostepem do elektrycznosci a takze Internetu, co nie napawa optymizmem jezeli chodzi o kwestie informowania Was co sie aktualnie dzieje. Do tego brak polaczen telefonów komórkowych utrudni cala operacje Jednak zobaczymy jak bedzie na miejscu.


Dzisiaj na ulicy zaczepil nas jeden jegomosc z Australii:
- Gdzie jedziecie?
- Do Birmy - odpowiadamy.
- Burma? There are bad people

Cóz, nie zgadzam sie akurat z tym czlowiekiem, ale pozostaje mi przekonac sie o tym na wlasnej skórze.
Pozdrawiam,
M.Z.


Birma 2009 - początek

Dziś rozpoczyna się długo oczekiwany wyjazd do Birmy, kraju w Azji Południowo-Wschodniej. Tym razem jest to szczególna dla mnie podróż ponieważ w końcu mam możliwość zrealizowania planu, który od jakiegoś czasu chodził mi po głowie - wyprawa solo! Najpierw jednak spędzę w Bangkoku dzień lub dwa w doborowym towarzystwie starych kompanów podróży z Maroka i Peru by później ruszyć swoją drogą i chłonąć wyprawę wszystkimi zmysłami. W miarę możliwości i dostępu do Internetu będę zamieszczać krótkie relacje z pojedynczymi zdjęciami. 

Rozpoczyna się podróż pełna nadzieji i obaw. Jak napisał Kazimierz Nowak,pionier polskiego reportażu i podróżnik - odwaga najlepszym przewodnikiem. Do zobaczenia.
M.Z.


Birma 2009 - zapowiedź

Moi Drodzy,

Miło mi Was poinformować, że już za 5 tygodni rusza kolejna wyprawa. Tym razem zdecydowałem się na kontynent, którego w praktyce nigdy nie miałem okazji poznać – Azję, a w jego środku, min. pomiędzy Indiami i Tajlandią niezwykły kraj – Birma. Razem z Rafałem, z którym miałem okazję podróżować w Maroku i trochę po Peru, udamy się wprost z Warszawy do Bangkoku, z krótkim lądowaniem w Kijowie. W Tajlandii spędzimy dwa dni i dalej samolotem polecimy do Yangon, w Birmie. Tyle z naszego planu, którego tak naprawdę, oprócz przedostania się do tego kraju, nie ma. 

Podczas wyprawy na bieżąco będę starać się wysyłać informacje z wyprawy, które odnajdziecie w dziennikach lub na głównej stronie. Poniżej znajduje się mapka z trasą przelotu i miejsca docelowego, gdzie zaczniemy podróż: Yangon. 

Zapraszam także do zapoznania się z pierwszymi informacjami na temat Birmy, krainy tysięcy pagód.

Pozdrawiam, 
MZ


Wieczorne spotkania na dachu

Maroko, wrzesień roku 2005. Już dawno dzień zakończył swój żywot, ustępując chłodnej nocy. Jednak ludzie, szczególnie w okresie Ramadanu, odżywają po upalnym słońcu na nowo. To czas zabawy, pierwszego posiłku, spotkań z rodzinami i przyjaciółmi. I jak co wieczór, czas ten spędzaliśmy na dachu, z którego rozpościerał się widok na wchodzących przez wielką, zdobioną bramę do starej mediny miasta Fez, ludzi. A były ich setki! Każdej minuty inne twarze. Twarze dzieci i starców, kobiet i mężczyzn, żon i mężów. Tworzyły jedną, zwartą grupę, poruszającą się jak nurt rzeki w kierunku serca starej mediny. Ilu już weszło? Tysiąc? A może dwa tysiące? I wciąż nie widać było końca…

Praktycznie na tym dachu nie było nic do roboty. Szeroki na metr, oddzielony był małym murkiem, spod którego wystawał mniejszy dach – osłona dla znajdujących się już na ulicy straganów, barów i kafejek. Naprzeciwko widać było świecący napis „Restaurant de la Kasbah”. Popularność tej kawiarni była duża – co wieczór na tarasie zasiadywały grupy z najróżniejszych krajów a także sami Marokańczycy. Ci ostatni byli nieliczni, gdyż mało kogo w tej części miasta stać tutaj na jedzenie w restauracji. Martyna Wojciechowska kręciła w La Kasbah swój program, „Misja Martyna”, co miałem okazję obserwować z pierwszej linii, w której usadowiłem się razem z dźwiękowcami, kamerą i mikrofonem. – O Boże, ty mówisz po Polsku? Co Ty tu robisz? - Zdziwiona dziewczyna z ekipy filmowej zareagowała na moje pytanie. Później razem z inną koleżanką siedziała z nami na tarasie i opowiadała o pracy przy realizacji programu. Następnego dnia, cała ekipa wyruszyła do Merzougi, kręcić swój kolejny odcinek.

W tej małej części starej mediny znajduje się brama, do której przylegał „nasz” dach. To jedne z wrót do starej, niezmienionej od stuleci części miasta. Różnica pomiędzy starą mediną a nową mediną jest uderzająca. W pierwszej – wąskie uliczki, istny labirynt, niezmienione od stuleci warsztaty i stragany, odmienne dzielnice a w każdej z nich – fontanna i meczet. Tutaj czas stanął w miejscu. Nowa medina to luksusowe samochody, mieszkania, kina i zadbane parki. Jednak w Fez to nie nowa część miasta jest atrakcją turystyczną. To tutaj i teraz, codziennie i co wieczór napływają tysiące turystów oraz samych Marokańczyków. To w starej medinie jest garbarnia, farbiarnia, tysiące warsztatów tkackich, szewców i starych szkól koranicznych – w tym słynna Medresa Bu Inania. I tych właśnie ludzi obserwowałem co wieczór, jak aktorów na scenie, bezpiecznie i wygodnie z unoszącego się 4 metry nad ulicą dachu. Pośród dziesiątków straganów, pełnych słodkich, karmelowych ciastek kwitł na dobre handel. Ktoś sprzedawał ciastka, ktoś inny placki, jeszcze inny serwował herbatę. A wszystko to w oparach dymu, zapachów przypraw i w wielkim ścisku. Jakiś Marokańczyk całuje drugiego w oba policzki na powitanie. Drugi, widocznie jakaś osobistość, daje żebrakowi kilka dirhemów by po chwili uścisnąć dłoń w podziękowaniu kolejnemu, który obdarował go słodkim cukierkiem. Widziałem kilkanaście par młodzieńców, którzy w imię przyjaźni szli trzymając się za ręce. Wkoło biegały dzieci, prosząc o kolejne „bam bam” czyli garść słodyczy. Ktoś inny siedział na ziemi lub na ladzie albo stał oparty o ścianę bez wyraźnego celu. Pomiędzy nimi – naganiacze okolicznych kawiarenek, którzy wciskali do rąk kartki z menu. W tym całym zgiełku byli także turyści. 

Nazywaliśmy ich „fresh meal”, przypominając sobie dialogi filmów o Wietnamie, kiedy na wojnę przyjeżdżały grupy młodych, niedoświadczonych żołnierzy. Tutaj nie było wojny, jednak „atakowały” ich zapachy mięty, mięsa, placków, słodyczy. „Atakowali” naganiacze kawiarenek, łapali naciągacze, wciskali do rąk słodycze sprzedawcy a dzieci, tradycyjnie prosiły o „bam bam”. W myślach śmiałem się z ich min, czasami z grymasem przerażenia czy może raczej zagubienia. Obserwowałem jak radzą sobie z natrętami – jedni łagodnie coś tłumaczyli, drudzy uciekali udając, że nie słyszą, a jeszcze inni – kłócili się, zupełnie zresztą niepotrzebnie. Każdy przez to przechodzi, przeszedłem także i ja i dwójka moich przyjaciół. Pamiętam jak pierwszej godziny w tym miejscu staliśmy pod ścianą, przyciskając plecy do murów. Jedna wycieczka Niemców postanowiła nam pomóc widząc nasze nietęgie miny: - Mamy wynajętego przewodnika, on Wam powie gdzie spać. Po chwili zawołali niskiego, starszego Pana, który zmierzył nas wzrokiem i wskazał obskurny hostel tuż obok. Niemcy, którzy widocznie chcieli nas „uratować” z tej niegościnnej części miasta, namawiali nas do hotelu w nowej medinie, za „ledwie” 20 dolarów za dobę. Widząc jednak, że postanowiliśmy zostać tutaj, ze zdziwieniem jednemu z nich się wyrwało: - Co? Tutaj chcecie mieszkać? Tutaj śmierdzi i jest bardzo niebezpiecznie!

Na szczęście poszliśmy swoją własną drogą i po krótkim szoku kulturowym jaki dozuje Fez i jego stara medina, uśmiechałem się w myślach z tych lęków i fobii przed nieznanym, jakimi starali się nas obarczyć wspomniani sąsiedzi naszego kraju.

W pewnej chwili na dach wszedł wysoki, szczupły chłopak. Zanim wszedł, w oknie (przez które wchodziło się na ten kawałek dachu) pojawiła się najpierw lwia grzywa i zarośnięta twarz. Spojrzał na nas i wydobył z siebie jakiś dziwny, bulgoczący dźwięk.

- Hej, człowieku! W jakim Ty języku mówisz? – zapytałem zdziwiony.

- Jestem Szkotem, odpowiedział już po angielsku. Siedzieliśmy razem a Szkot zaczyna pytać o naszą podróż. Streściliśmy mu krótko kilka mniej lub bardziej ciekawych wydarzeń. Bardzo się zdziwił, kiedy opowiedzieliśmy mu o przygodzie z nożem, którego właściciel chciał nas na środku miasta zaszlachtować a co na szczęście stanęło tylko na pogróżkach. Kiedy skończyliśmy, Szkot zaczął opowiadać nam swoją historię. A było to mniej więcej tak:

„Na stałe mieszkałem w Szkocji, jednak nie potrafiłem pogodzić się myślą, że będę musiał pracować za biurkiem. Próbowałem nawet pracy w Pradze jako nauczyciel angielskiego, jednak już po kilku miesiącach uciekłem. Byłem także barmanem ale z tego także nic nie wyszło. Tak w skrócie trafiłem do Afryki. Teraz podróżuję po kilku krajach, skupując w warsztatach wyroby ręczne: skóry, drewniane szkatułki, lampki, portfele, wisiorki i inne. Tak mam okazję zwiedzić Afrykę, zarabiać i podróżować. Jak to sprzedaję? Wysyłam paczką (30kg paczka z Maroka do Szkocji – 100USD) do Szkocji a tam odbiera ją znajomy i sprzedaje dalej. Z tego żyję.

Czy miałem niebezpieczne sytuacje? Raz w północnej Etiopii spotkałem piratów lądowych. Szedłem ściężką pośród gór, kiedy nagle z przodu, na tej samej ścieżce, zauważyłem grupę ludzi idących w moim kierunku. Szli gęsiego, a każdy z nich na ramieniu niósł karabin. Zdążyłem tylko sprawdzić, macając się ręką po kieszeniach, gdzie mam paszport i pieniądze, kiedy w końcu nadeszli. To koniec, pomyślałem, ale nadal idę aż w końcu widzę wyraźnie pierwszego z nich. Zszedłem im z drogi nie zatrzymując się. Kolumna piratów idzie dalej, patrząc na mnie ni to obojętnie ni złowrogo. Kiedy się mijaliśmy, powiedziałem do pierwszego: „Salaam”. Cisza. Mija mnie kolejny pirat – cisza. Cały w nerwach idę dalej aż kolejny z nich spojrzał i mruknął „ Salaam” a za nim kolejny i kolejny. A ja skrupulatnie, żeby nie pominąć żadnego z nich, odpowiadałem: „salaam, salaam, salaam. 

Jaka jest Etiopia? Jest zupełnie inna niż Maroko. Zobacz, mam tutaj krzyżyk (pokazuje zawieszony na szyi łańcuszek), zrobiony ze skały z którego zbudowano kościół (mowa zapewne o Lalibeli, zwanej Drugą Jerozolimą). Te zatopione w skałach świątynie są niesamowite. Zresztą Etiopia to jeden z najstarszych krajów, gdzie przyjęto chrześcijaństwo (około IV wieku naszej ery). Tam ludzie są niezwykle uprzejmi, spokojni. Nie tak jak w Maroku. Tutaj jest niebezpiecznie, krzykliwie, zaczepnie. Tam tego nie ma.”

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, po czym Szkot podziękował i wyszedł, mówiąc, że musi przygotować paczkę do wysyłki. Przy okazji zbeształ z dachu jednego z Marokańczyków, który krzyczał coś do niego. Pamiętam, że długo byliśmy pod wrażeniem jego pewności siebie i obycia wśród tych ludzi. Zniknął po chwili w oknie i więcej go nie widziałem.

Siedzieliśmy dalej na dachu, a rzeka ludzi płynęła nadal w ciemne zaułki mediny. Trochę mniej było turystów, szczególnie wycieczek starszych Niemców, za to więcej okolicznych mieszkańców. To w końcu Ramadan, czas postu a po godzinie 18stej – zabawy do białego rana. Nie czekając długo zeszliśmy na dół by dać się porwać tej fali rozmaitości, pełnej zapachów, krzyków i słodkich ciastek ramadanowych.


Świat zwykłych ludzi

“[…]Motając się z myślami i jedną ręką z chlebem w dłoni, nie zauważam, że mój gospodarz odrywa kawał mięsa i trzymając w dłoni mówi – Jedz, to nie jest zatrute. My nie jesteśmy terrorystami. Na moment zapadła cisza. Jednak już po chwili moi gospodarze zaczęli się śmiać do łez a ja razem z nimi. Zajadałem się kurczakiem tak samo jak wszyscy, a co chwila na moim talerzu lądowały kawałki mięsa urywane przez pozostałych biesiadników.”

Zapraszam serdecznie do przeczytania tekstu, który ani reportażem ani niczym literackim nazwać nie można. To zbiór kilku wydarzeń, które miały miejsca na przestrzeni kilku lat, w różnych zakątkach świata.



Zapach mediny

To był jeden z tych dni, które na długo pozostają w pamięci. A wszystko zaczęło się od zaproszenia do zwiedzenia warsztatu tkackiego, gdzie produkowano piękne jedwabne tkaniny.


Było sierpniowe popołudnie. Jeden z tych dni w Maroku, gdzie żar leje się z nieba a słońce pali niemiłosiernie każdy odkryty kawałek skóry. Nawet najdrobniejszy skrawek cienia dawał chwile ukojenia, uspokajał bijące serce wstrzymując litry potu. Pewne zachowania nie mają tutaj racji bytu – w tym opalanie się, co jest często moją odpowiedzią na pytanie dlaczego znowu wróciłem nie opalony. W miejscach gdzie temperatura sięga 45C, człowiek nie jest w stanie normalnie funkcjonować. Idąc wzdłuż ulicy wybieramy tę stronę, na którą pada cień. Zatrzymujemy się w miejscach, gdzie można schować się przed słońcem. Zakrywamy szczelnie każdy odkryty kawałek ciała jeżeli nie chcemy zostać poparzeni.  Ograniczamy swoją aktywność tylko do niezbędnych funkcji, żeby nie stracić zbyt dużo sił w warunkach, do których większość europejczyków nie jest przystosowana. Które mogą okaleczyć lub nawet zabić.


Z pewną ulgą ruszyłem wzdłuż zacienionej drogi prowadzącej do serca starego miasta Fez. W miarę jak zagłębiałem się coraz dalej w labirynt uliczek, dochodziły do mnie zapachy i kolory, potęgując egzotykę tego miejsca. Zapach. Tak, to coś co chyba pierwsze uderza ze zdwojoną siłę w nozdrza w takich miejscach, wyostrzając zagubione w szarych miastach zmysły. Nad ulicami unosi się woń karmelowych słodyczy, ostrych przypraw i pieczonych na blasze placków. Z kawiarenek wydobywa się orzeźwiający zapach liści mięty i przygotowywanych potraw. Czuć także stare mury, bród, ścieki i urynę w zaułkach. Wszechobecny jest zapach ludzi. A są ich tutaj dziesiątki tysięcy. Jak nurt rzeki porwał mnie ten bezimienny, kolorowy tłum głównym traktem w dół, coraz dalej i dalej. Czasami przyklejałem się do ściany spoconymi plecami, robiąc miejsce przeciskającym się mułom i osłom, które były objuczone ociekającymi śmierdzącą mazią skórami. Wracają z pobliskiej garbarni, zapewne do jednej z farbiarni lub innego warsztatu, gdzie zabezpiecza się skor chemikaliami. Czułem się zmęczony – słońcem, gorącem, niesamowitym zgiełkiem. 


Chwilę wytchnienia znalazłem w cieniu bocznej uliczki. Obok rzeka ludzi sunęła mozolnie dalej a ja poczułem ulgę od palącego żaru z nieba, od tych wszystkich krzyków handlarzy, od turystów chodzących niezdarnie wśród straganów z mięsem, gdzie na widok odciętej głowy wielbłąda z zaciekami krwi, niejeden przyspieszał kroku blady jak ściana. 


Pobudzony ciekawością ruszyłem dalej w cieniu wąskiej uliczki, mojego tymczasowego schronienia. Wąska to była uliczka, zaledwie na metr szerokości. Co chwila mijałem zasłony, za którymi widać było cienie mieszkańców domu, mijałem dziury w murach, śmietniki i kolejne muły. Aż w końcu trafiłem do małego warsztatu, gdzie jeden z pracowników po krótkiej wymianie zdań, zapytał: - Chcesz zobaczyć nasz duży warsztat? Chodź, zobaczysz gdzie produkujemy te wszystkie tkaniny. 

Rupieciarnia

Staliśmy w progu małego pomieszczenia na antresoli. Wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności, wyławiając z mroku kontury kreślone kurzem – drewniane bele, części urządzeń tkackich, śmieci. Na podłodze puste worki i piach. Przez belki przewieszone tkaniny, które wyglądają jak strzępy porwanej pajęczyny – widać na nich nie dokończone hafty, przerwane myśli mistrza. 


Rupieciarnia. Towarzyszący mi Marokańczyk podnosi długi drewniany przedmiot. Widać na nim głęboką rysę, niedoskonałość litego kawałka drewna, które pękło jak wysuszony pień w słońcu. Spód jest gładki w dotyku, wyślizgany w dziesiątkach tysięcy ruchów w korycie suwnicy, jednego z elementów urządzenia, jakie widziałem w warsztacie tkackim. Przedmiot wygląda jak miniaturka indiańskiej łodzi - czółenko – i tak też się nazywa. – Jest to bardzo drogi kawałek drewna. Widzisz, musi być zrobiony idealnie, zobacz na te boki – słychać w mroku głos Marokańczyka. Pokazuje wydrążony środek, do którego wkłada się zwój jedwabnych nici. Całość przesuwa się w specjalnej rynnie – tzw. suwnicy, w której porusza się szybko przez całą jej długość zostawiając pojedyncza nić tkaniny. Dociera do mnie, że widziałem już podobne rzeczy w Polsce, we Francji, na Ukrainie - w skansenach. Stoją tam bezużyteczne, nie używane od lat, jedynie na pokaz spragnionych historii turystów. Przy każdej z nich znajdowała się tabliczka z napisem w stylu: „Warsztat tkacki, krosno z XVI wieku”. <Br><Br>Takich narzędzi w warsztatach Fezu używa się na co dzień, od setek lat. Można by pomyśleć, że nikomu nie przyszło do głowy, żeby kupić nową, elektryczną maszynę. Może są za drogie, może bezużyteczne w powszechnym braku prądu, trudności z dostarczeniem elektryczności do warsztatu. W Afryce i wielu krajach, które ogólnie przyjęło się nazywać Trzecim Światem, energia elektryczna jest dobrobytem, czymś trudno dostępnym. Na co dzień używa się lamp naftowych i świec, żyje się w rytmie wschodów i zachodów słońca. Spotykane w miastach (rzadziej w wioskach) linie elektryczne to w większości sieć splątanych kabli, skręconych w wielkie zwoje. Ciągną się nad głowami przechodniów i łączą z innymi na ścianach lub słupach, tworząc wielką kulę zwoju, pomyśleć by można że nie możliwą do rozplątania. Czasami z takiej plątaniny umknie wzdłuż ściany pojedynczy kabelek, wije się po wyschniętych murach i wpada przez okno, dziurę w ścianie bądź drzwi jakiegoś domostwa, kończąc swój żywot z dyndającą niedbale żarówką z sufitu.

Tutaj produkuje się tylko tyle ile potrzeba. A potrzeba zaspokoić dziennie kilku turystów z Europy, kilkudziesięciu mieszkańców Fezu, kilkuset przyjezdnych. Nikt nie myśli o sprzedaży hurtowej, tysiącach metrów tkanin dziennie. Nie chcą maszyn, które same robiłyby wzory, zmieniały kolorowe szpule nici, przerzucały czółenka z lewa do prawa siłą sprężonego powietrza, robiły tkaniny szybciej niż robią to ludzkie ręce. Maszyna nie nauczy nowych haftów, nie pokaże jak robić paski kolorowych materiałów, dobierać szerokość czółenka. Maszyna się nie myli, nie plącze nici ale zużywa za to drogi i trudno dostępny prąd, jest kosztowna. Człowiek zużywa spracowane ręce, poci się i męczy z każdym ruchem suwnicy – ale uczeń wie, że ten pot tchnie w te nici duszę. Maszyna nie przekaże wiedzy uczniowi, żeby ten mógł stać się mistrzem. Maszyna okaleczy, odbierze zdolność myślenia, zręczność tkania. Mistrz to sztuka, ręczne rzemiosło, której nie da rady zapisać w instrukcji. 


- Jesteś głodny? Pewnie tak – słychać w ciemności głos Marokańczyka. – Chodź, zjesz z nami obiad – kontynuuje, nie czekając na moją odpowiedź. Tak oto zostałem zaproszony na posiłek przez człowieka, którego znałem zaledwie od pół godziny. 


Przykro mi, zabronili mi z Wami rozmawiać

Zgodziłem się bez wahania. W końcu na to liczyłem, na jakikolwiek gest akceptacji mojej osoby w tym obcym dla mnie kawałku świata. A tutaj proszę – od razu obiad! Często w podróży zdarzało mi się spotykać z gościnnością, której w Europie coraz trudniej doświadczyć. Wynika to po części z naszej nieufności do drugiej osoby, z braku chęci dialogu ze zwykłym człowiekiem, kimś, kogo nie znamy. Zamykamy się często we własnych małych społecznościach, spotykamy z osobami, które lubimy, o których coś wiemy. Jest to zupełnie naturalne, bezpieczne jednak dla Marokańczyków - w pewien sposób upośledzone.

Tutaj ciężko przejechać autobusem czy przejść przez ulicę, nie będąc zaczepionym przez ciekawskich podróżnych. Interesuje ich wszystko, często pytania są bardzo bezpośrednie w rozumieniu naszej kultury. – Ile masz lat, - Masz żonę, dzieci? I jedziesz tak wspólnie z pasażerami odpowiadając na mnóstwo pytań. Jakby posadzić Marokańczyka w metrze w Warszawie to pewnie ze zdziwieniem by stwierdził, że tyle osób jedzie razem i milczy. Tutaj to nie do pomyślenia. Ludzie rozmawiają ze sobą, kłócą się, próbują sprzedać najdrobniejsze rzeczy, wspólnie jedzą na przystankach, upominają kierowcę. Po każdej rozmowie w notatniku pozostaje kilka adresów e-mail, numerów telefonów, imiona i nazwiska. Miałem wrażenie, że Ci ludzi są „głodni” świata, mają wielką chęć poznania ale ich kraj, sytuacja materialna i społeczna, utrudniają lub wręcz nie pozwalają im to. Często kontakt jest ograniczany – nie tyle przez ludzi, co przez kontrolujące kraj, mniej lub bardziej otwarcie, władze. Byłem świadkiem pewnego zdarzenia, w drodze do Fez z małej nadmorskiej mieściny As Sawira. Rozmawialiśmy z młodym nauczycielem. Był, jak większość naszych rozmówców, ciekawy prawie wszystkiego. Z cierpliwością odpowiadaliśmy na jego pytania a on dziwił się, wyrażał oburzenie, zazdrość i śmiech.  Najbardziej bolało go chyba to, że nie może podróżować tak jak my. Otrzymać paszport jest podobno bardzo trudno. Podobno mężczyzna musi odsłużyć dwa lata służby w wojsku, żeby w ogóle starać się o dokument. I ma małe szanse, że go dostanie. Nagle autobus zatrzymał się a do środka wszedł policjant. Podszedł do nas, zmierzył służbowym wzrokiem i zamienił kilka szybkich i ostrych słów z nauczycielem, wskazując mu miejsce dwa rzędy dalej. Kontrola się skończyła (czego szukali – nie wiem), ruszyliśmy naprzód tylko policja została daleko w tyle, na drodze. Jedziemy dalej ale Marokańczyk już do nas nie wrócił. Zerkał tylko w naszą stronę z tym wyrazem w oczach, jakby chciał powiedzieć: „Przykro mi, zabronili mi z Wami rozmawiać”.

Tutaj ludzie dzielą się tym co mają, a mają niewiele. Kilka daktyli, herbata z liści mięty, prosty posiłek z ryżu – więcej nie posiadają, na więcej ich nie stać. Pomimo że jesteś teoretycznie ich obciążeniem, masz wrażenie, że z lekkim zażenowaniem podzielą się miską jedzenia przeznaczoną tego dnia dla całej rodziny, przepraszając wzrokiem, że to tak niewiele. 


Gościnność ma wiele twarzy o czym mogłem przekonać się także w domu mojej koleżanki – Fatimy Zahry. Będac zaproszonym przez jej matkę na Iftar (pierwszy posiłek dnia w trakcie Ramadanu), zdziwiła mnie wielkość sofy, która rozciągała się wzdłuż każdej ze ścian największego pokoju. Dodatkowo, na przeciwko telewizora stała kolejna, trochę mniejsza. -Potrzebujemy dużo miejsca, ponieważ mamy dużą rodzinę. Kuzyni, kuzynki, ciotki, wujkowie, babcie i dziadkowie. Wszystkich musimy gdzieś posadzić – tłumaczy Fatima.  Pomyślałem wtedy, że to naprawdę dziwne meblować mieszkanie pod rodzinę i ich wygodę, zupełnie nie spotykane w Polsce. Mieszkanie w Maroku nie jest tylko enklawą jego domowników -  w każdej chwili jest gotowe na przyjęcie nawet bardzo dużej ilości osób. 


Zdarzają się także inne przypadki. W Peru, po całodziennej wędrówce ścieżkami dla mułów i bydła, będąc wykończonym fizycznie, kiedy z nieba lał deszcz a my musieliśmy rozstawiać mokry namiot przy 10 stopniowej temperaturze - nie zostaliśmy nawet zaproszeni do ogrzania się przy ognisku w kuchni. Byliśmy trochę zbulwersowani ale zdziwienie inności tej kultury i ich zachowania (np. w stosunku do Hindusów czy Marokańczyków) wzięła gorę nad złością. Indianka, która na pewno znała hiszpański, odpowiadała coś tylko w niezrozumiałym dla mnie języku Keczua, lekceważąc zupełnie naszego przewodnika, z wzrokiem utkwionym gdzieś w dali. Przypominało mi to stare westerny, kiedy dumny wódz z wysoko uniesioną głową i wysuniętym podbródkiem, rzucał słowa gdzieś w dal, jakby obok pytającego. I staliśmy tak zmarznięci na wysokości 4000m n.p.m., w chmurze i mgle, gdzie jedynym naszym schronieniem był mały blaszany dach, czekając dwie godziny aż dostaniemy kubek ciepłej wody, żeby zaparzyć kojącą mate do koka. Czasami spotykaliśmy się z bardzo ciepłym przyjęciem – ale tylko na podwórzu. Po zakończonej, naprawdę serdecznej rozmowie, gospodarze nagle odwracali się i zamykali w swojej chacie, przy cieple domowego ogniska.


Jedz, my nie jesteśmy terrorystami


Ciekawy rozwoju sytuacji ruszyłem szybko za moim towarzyszem, starając się nie zgubić go z oczu. Kluczyliśmy po uliczkach, wąskich na metr przejściach, wśród osłów i mułów objuczonych skórami z pobliskiej garbarni. Straciłem orientację. Zresztą tutaj o to nie trudno. Stara medina Fez, nie zmieniona od stuleci, to istny labirynt pełen ukrytych przejść, wyrw w murach, zakamarków. Często gubią się tutaj turyści, na co czekają już małe, sprytne dzieciaki, które na chwilę zamieniają się w przewodników. Za drobną opłatą wyprowadzają biedaka w miejsce, z którego samodzielnie trafi do wyjścia ze starego miasta. 


Z powrotem jesteśmy w małym warsztacie, do którego trafiłem uciekając przed słońcem i tłumem handlarzy. W środku widzę kilkoro ciemnowłosych ludzi – rzemieślnicy i uczniowie z pobliskich warsztatów. Łącznie około ośmiu osób. Witam się ze wszystkimi po kolei i siadamy wspólnie do stołu, na którym niepodzielnie króluje wielki, upieczony kurczak. Dostałem do rąk okrągły kawałek chleba, jeden z tych wypiekanych w glinianych piecach. Moi gospodarze przyglądają mi się ciekawie, zerkając spod czarnych kosmyków włosów. Czułem się trochę niepewnie. Sam pośród dobrze znanej sobie grupie osób. W takich chwilach, największą trudnością jest odrzucenie schematów, obaw przed nieznanym. Trzeba oprzeć się na zaufaniu do drugiej osoby, do życzliwości człowieka i jego dobrych intencji. Od prostego dialogu, zwykłych kilku słów powitania w ojczystym języku lokalnej społeczności, do tych kilku rzemieślników, zaczyna się przełamywanie barier, pierwszy nasz krok do okazania szacunku wobec drugiego człowieka. Towarzyszy temu ogromny stres, tysiące myśli i konwersji zachowań na naszą kulturę. Tak właśnie się czułem przy stole, gdzie górował nad nami powoli obgryzany kurczak. 


Nie chciałem nikogo urazić, więc uważnie obserwuję co robią inni. Kawałek oderwanego chleba ląduje najpierw w tłuszczu zebranym w misie i następnie palce urywają kawałek mięsa a całość trafia wprost do ust. Próbuję robić to samo. Jak odmówię posiłku – obrażą się. Jak oderwę za duży kawałek – może zostanie to źle odebrane? Motając się z myślami i jedną ręką z chlebem w dłoni, nie zauważam, że mój gospodarz odrywa kawał mięsa i trzymając w dłoni mówi – Jedz, to nie jest zatrute. My nie jesteśmy terrorystami. Na moment zapadła cisza. Jednak już po chwili moi gospodarze zaczęli się śmiać do łez a ja razem z nimi. Zajadałem się kurczakiem tak samo jak wszyscy, a co chwila na moim talerzu lądowały kawałki mięsa urywane przez pozostałych biesiadników. 


Świat zwykłych ludzi


Tamta chwila na długo utkwiła mi w pamięci. Miałem świadomość tego, że obraz świata jaki fundują nam mass media, jest daleki od rzeczywistości. Żyjemy w świecie, gdzie króluje informacja, gdzie potrafimy przekazać tzw. newsa praktycznie w każdej chwili i z każdego zakątka świata. Problem w tym, że są to informacje głównie sensacyjne, budujące fałszywy obraz sytuacji. Informacje, jak zauważył Ryszard Kapuściński w swojej książce „Ten Inny” nie powodują, że mamy wiedzę. Wybrać spośród setek tysięcy jeśli nie milionów te właściwe dane, które zbudują nam obraz prawdziwy, jest niezwykle ciężko. Cierpimy wręcz na nadmiar informacji, które są bezużyteczne, dają nam tylko poczucie sensacji, zagrożenia i konfliktów na świecie. Znikają tak szybko jak się pojawiły na pierwszych stronach gazet w pogoni za nowym zdarzeniem.


To proste zdanie, które padło przy stole i śmiech, miałem wrażenie, wielkiego dystansu do kreowanej przez media wojny Islam – reszta świata, spowodowało, że zacząłem dostrzegać także inny świat. Świat bez katastrof, konfliktów zbrojnych, wszechogarniającej śmierci i cierpienia. Świat bez kłamstw, polityki na niskim poziomie, zawiści i pychy. Świat bez terroru i Al Kaidy. Świat ludzi biednych, zmagających się z trudami życia codziennego. Świat prawdziwy, ludzki.

M.Z.


Wspomnienie o Kapuścińskim

W dniu 6 listopada 2008 w ramach cyklicznych spotkań „Herbatka u..”, organizowanych przez Miejską Bibliotekę Publiczną, kwartalnik literacko-filozoficzny [fo:pa] oraz Urząd Miasta Szczecin odbędzie się spotkanie poświęcone cesarzowi reportażu – Ryszardowi Kapuścińskiemu.

 
Pisarza wspominać będą min. Alicja Kapuścińska – żona reportera, a także Mirosław Ikonowicz - dziennikarz, pisarz i wieloletni przyjaciel Kapuścińskiego oraz Wojciech Jagielski – dziennikarz, publicysta, pisarz zajmujący się problematyką Afryki, Azji Środkowej, Kaukazu i Zakaukazia.


Podczas spotkania otwarty zostanie panel dyskusyjny a także zaprezentowana zostanie wystawa zdjęć Ryszarda Kapuścińskiego. 


Spotkanie odbędzie się w dniu 6 listopada 2008 w Willi „West-Ende” w Szczecinie (Al. Wojska Polskiego 65). Wstęp bezpłatny, około godz. 18:00. Wszystkich miłośników podróży, literatury faktu i Ryszarda Kapuścińskiego namawiam serdecznie do uczestnictwa.
Pozdrawiam
M.Z.


Pomnik Czynu Polaków, Szczecin

Pomnik Czynu Polaków - znane dzieło rzeźbiarza Gustawa Zemły, znajduje się na Jasnych Błoniach w Szczecinie. Przedstawia trzy orły symbolizujące trzy pokolenia szczecinian:

  • Polonię szczecińską sprzed II wojny światowej.
  • Pionierów powojennego Szczecina.
  • Pokolenie rozbudowujące miasto.

Odsłonięcia pomnika dokonano 3 września 1979 r. Orły zostały wykonane z brązu. Każdy z nich waży ok. 20 ton, rozpiętość skrzydeł orłów wynosi ok. 6,5 m, natomiast wysokość pomnika 22,5m.


Poniżej kilka fotografii z ostatniej soboty, które wykonano około 6 rano na Jasnych Błoniach.


Jesteś z Florydy? Wyślij mi karalucha!

Siedzieliśmy w małej kawiarence, udekorowanej na wzór lokali w USA. Styl z lat 60tych: na zewnątrz neony, wszechobecny róż, czerwone sofy obite skają. W barze koktajle i uśmiechnięte kelnerki. W Iquitos, w sercu Amazońskiej dżungli, był to twór nienaturalny, sztuczny, żywcem skopiowany a raczej przeniesiony z „zachodu”. Podobnie było z „Żelaznym Domem” (Casa del Ferro), który zaprojektował Eifell a który został w częściach przewieziony statkami z odległej Europy. Stoi tuż za rogiem kawiarni.

To wszystko było wymysłem bogacących się w niebywałym tempie ludzi – na kauczuku, diamentach, egzotycznym drewnie, nielegalnie wycinanym z dżungli. Jednak okres świetności miasto ma już za sobą a po czasach tzw. prosperity pozostały jedynie niszczejące budynki i takie miejsca jak wspomniana kawiarenka, która jest dobrym miejscem do pokazania się, manifestacji swojego statusu materialnego, poczucia integracji i przynależności do świata. Mieszkańcy przyjeżdżają tutaj samochodami, tylko na pokaz. Bo jaki jest sens posiadania samochodu w samym sercu dżungli? W mieście, do którego można dostać się jedynie Amazonką lub samolotem? Z którego nie wyjedziemy żadną drogą? 

Rozmawiałem przy stole z młodym Anglikiem. Lokal cieszył się sporą popularnością bo wszystkie miejsca były pozajmowane. Jeszcze nie opadły z nas emocję po locie z Tarapoto do Iquitos, który omal nie zakończył się tragicznie – samolot zbyt późno podszedł do lądowania i musiał ostro hamować żeby zdążyć przed końcem pasa startowego. Ten młody chłopak pojechał na kilka miesięcy do Brazylii tuż po tym, jak skończył studia i dostał pracę. Od swojego przyszłego pracodawcy usłyszał: 

- Przykro mi ale możesz zacząć dopiero za trzy miesiące! 

Z trudem ukrył wyraz szczęścia na twarzy, widząc możliwość podróży. Zabrał kartę kredytową i poleciał do Rio De Janeiro. W trakcie włóczęgi zdecydował się zobaczyć Peru. I tak oto utknęliśmy w Iquitos razem – ja czekałem na statek do Pucallpy a on na łódź, która zabierze go z powrotem do granicy Peru – Brazylia. 

Charlie, bo tak było mu na imię opowiedział zabawną historię. Otóż poznał w Peru małżeństwo Niemców. Mąż miał nietypową pasję – fascynowały go owady. Podróżowali po świecie jak zwykła para podróżników jednak to co wyróżniało wspomnianego Niemca to wielkie oddanie do kolekcji owadów. A miał tego całkiem sporo! Meszki, motyle, karaluchy, żuki i wiele innych, których Charlie nie potrafił nazwać. Miał specjalnie przygotowane pudełeczka, w których znajdowała się nasączona alkoholem wata. Do środka wkładał żywego owada, który od razu wpadał w letarg i usypiał zamknięty w oparach alkoholu. Tak zapakowane trafiały pocztą do Europy. 

Niemiecki entomolog nie zważał na miejsca w których zbierał owady. I oto wyobraźmy sobie Machu Picchu. Ósmy cud świata. Duma Peru. Miejsce pełne historii, nasączone kulturą Inków. Wśród murów - dziesiątki tysięcy turystów. Pośród turystów – jeden zapalony entomolog. Nie zważając na piękno skansenu i otaczających ludzi biega po całym Machu Picchu a białe łydki świecą spod krótkich spodenek. W dłoniach długi kij na końcu którego zawieszona jest siatka na owady. Nie interesują go mury, historia, otaczający ludzie – przenosi się szybko z miejsca na miejsce, z fascynacją oglądając każdy okaz nowego motyla, żuka i innych owadów, których jeszcze nie miał w kolekcji. Niedaleko na skale prawdopodobnie siedzi jego żona. 

- Charlie, co z jego żoną – ona też taka zapalona do tego hobby? 

Anglik zaczął się śmiać, bo przypomniał sobie minę żony kiedy to jej mąż z wypiekami na twarzy opowiadał o jakimś nowym okazie a ona w tym czasie prawie zasypiała. Entomolog zaczął zarażać innych swoją pasją, pośrednio. Prosił spotkanych w podróży ludzi, żeby przywieźli mu ciekawe okazy. 

– Jesteś z Florydy? Musisz koniecznie wysłać mi karalucha! Macie tam takie wspaniałe okazy! 

I tak oto dał się zapamiętać ów „szalony Niemiec”, który widział w każdym potencjalne źródło zdobycia nowego okazu. Podobno z sympatii do tak pozytywnie zakręconego człowieka, spotkani na drodze ludzi deklarowali się wysłać w pudełeczku wymarzony okaz. Nawet karalucha!


“Dróżnik” - reportaż literacki

“[…]Dobiegający już całkiem blisko grzmot pioruna przebudził mnie z odrętwienia. Zaczęło padać. Kilkadziesiąt metrów od nas widać było wydostające się z wnętrza małego baraku słabe światełko. Jak ćmy ruszyliśmy w tamtą stronę, z nadzieją na znalezienie schronienia. Gorąca woda i ciepły posiłek, pozostały nadal jedynie mglistym wspomnieniem.”

Po wielu godzinach żmudnej pracy zapraszam do przeczytania pierwszego reportażu z ostatniej wyprawy do Peru. Szczególne podziękowania należą się Oli Bednarskiej, za nieocenioną pomoc i fachową korektę, dzięki której ustrzegłem się wielu błędów. Chciałbym podziękować także Pani Helenie Kowalik, obecnie redaktor naczelnej serwisu www.trop-reportera.pl, za bardzo cenne uwagi i pomoc w stawianiu pierwszych kroków na polu reportażu. Pani Helena Kowalik jest także autorką wielu zbiorów reportaży, zwyciężczynią min. I Nagrody im. Ksawerego Pruszyńskiego przyznawany przez Krajowy Klub Reportażu za całokształt dokonań w tej dziedzinie. Przez ponad czterdzieści lat pracy w zawodzie dziennikarskim sprawowała wiele funkcji - od młodszego redaktora do naczelnego. Już drugą kadencję jest sekretarzem Rady Etyki Mediów. Dzięki naszej początkującej współpracy “Dróżnik” ukazał się także w “Szkółce reporterskiej”, autorskim portalu Pani Kowalik (http://www.warsztat.trop-reportera.pl/droznik/)<br>

DRÓŻNIK
Tekst: Marcin Zaborowski

Początek
Miał starą, pooraną zmarszczkami twarz, które w słabym świetle świecy tworzyły głęboką mozaikę bruzd. Skóra ciemna, na brodzie lekko siwiejący zarost. Niewysoki. Sprawiał wrażenie słabego, jednak zniszczone i szorstkie dłonie zdawały się wskazywać zupełnie co innego. Mówił raczej cicho, nie spieszył się, jakby ważył każde słowo. Na pytanie, czy możemy rozbić namiot obok baraku w którym mieszkał, spokojnie tłumaczył: - a że to niebezpieczne, a że trawa za wysoka, że dziury w ziemi, że nie ma miejsca. Spodziewałem się odmowy. W myślach przygotowywałem plan jak przetrwać noc na tym pustkowiu, gdzie jedynym miejscem na namiot były ciągnące się kilometrami tory, przecinające jak nóż groźną i mroczną dżunglę.

– Nie możecie zostać tutaj. Chodźcie ze mną – rzucił jakby od niechcenia i ruszył z powrotem na schody. 

Odetchnąłem z ulgą.

W drodze do Aguas Calientes

Wszystko zaczęło się dwie godziny temu, kiedy postanowiliśmy nie czekać do rana na pociąg i ruszyć pieszo ostatnie dziesięć kilometrów wprost do Aguas Calientes. To miał być ostatni etap naszej wielodniowej wędrówki po bezdrożach gór, wśród wysokich szczytów Andów, brodzenia w błocie, strumieniach, marszu po spalonej słońcem ziemi. Szliśmy środkiem torów, po drewnianych podkładach kolejowych, które ciągnęły się, zdawało się w nieskończoność. Po obu stronach ścieżki wdzierała się gęsta, nieprzenikniona ściana drzew, krzewów, olbrzymich liści – peruwiańska dżungla. Jakby zrodzona z myśli szalonego architekta budziła uczucie fascynacji, ale też niepewności – co kryje się zaledwie kilka metrów dalej, gdzie bujna roślinność wstrzymuje nasz wzrok? Kto, lub co wydało z siebie te dziwne, dobiegające zza drzew dźwięki? 

Szybko zapadł zmrok. Bez żadnego ostrzeżenia, bez odcieni szarości znanych ludziom z Północy. Słońce schowało się za górami, pstryk i nie ma światła. Noc jest prawie idealnie ciemna. Przez szczelinę wąwozu nie widać gwiazd, nie widać księżyca, który rozświetliłby drogę, nie widać nic, nawet własnej dłoni, której ruch przed oczami jest tylko wyczuwalnym gestem. Niesamowite to jest uczucie, kiedy ciemność jest jak namacalna materia, czarna, prawie obejmująca człowieka swoimi ramionami. W jednej chwili znajome kształty przybierają mroczną postać, wzbudzając w myślach nieznane, pierwotne lęki.

Marzenia

Zapaliłem latarkę, jednak po chwili, jak na komendę, zleciały się setki meszek – utrapienie górskich szlaków. Sztuczne światło oszukało ich pierwotny mechanizm nawigacji, latania w nocy pod pewnym określonym kątem do światła księżyca. Uderzały zaciekle w plastikową ściankę, za którą schowane były cztery, malutkie rozświetlone diody. Meszki atakują zwykle w trakcie odpoczynku, w bezruchu. Gdyby nie ich ilość, dobrze widoczna chmara, można by nie zauważyć setek miniaturowych owadów wgryzających się bez bólu w każdy odkryty skrawek ciała. Pozostawiają ledwie widoczny ślad, maleńką kropelkę krwi. Dopiero po kilku godzinach w miejscu ukąszenia powstaje obrzęk. I wtedy zaczyna się koszmar – pogryzione miejsca nie sposób nie drapać – wszystko zdaje się swędzieć, kłuć, przeszkadzać. Ukąszone łydki bolą z każdym krokiem, z każdym napięciem mięśni. Dłonie, palce, kostki, plecy, ramiona i łokcie – wszędzie czerwone krosty, jedna przy drugiej. Nawet przez sen, mimowolnie rozdrapujesz na nowo każdą rankę, nie dopuszczając do zagojenia. I tak zdaje się bez końca. Teraz wpadały mi do nosa, ust i oczu uniemożliwiając dalszą wędrówkę. Bez światła nie możemy iść dalej. Utknęliśmy na środku trasy. 

Wiatr zaczął hulać w koronach drzew, w złowieszczym świście zapowiadając burzę, która nadciągała w naszym kierunku rozświetlając sobie drogę piorunami. Nie możemy iść – możemy przynajmniej chwilę odpocząć. Odpocząć? Nam się chciało wyć ze zmęczenia! 

Ostatnie dwie godziny szliśmy w skupieniu. Mozolnie, krok za krokiem, stopy trafiały w drewniane belki, ułożone w nierównych odstępach jedna za drugą. Każde z nas (była ze mną Ola, moja współtowarzyszka podróży) szło według własnego rytmu, starając się utrzymać mordercze, jak na wielogodzinną wędrówkę tego dnia, tempo. Utrzymać rytm, równy oddech, nie zatrzymywać się – to było teraz najważniejsze. Nie myśleć o palących od pasków plecaka ramionach, spalonych w górskim słońcu karku i dłoniach, o bólu w kolanie. Trzeba się wyłączyć, skupić na celu. Najlepiej nie myśleć. Zmęczenie, głód i wycieńczenie organizmu spowodowały, że ostatnie dni marzyłem o rzeczach, które w „moim świecie” są codziennymi, błahymi sprawami. Chciałem zmyć pot, kurz i bród tygodniowej wędrówki, poczuć gorącą wodę przyjemnie rozgrzewającą ciało, zasnąć w suchym łóżku, ogrzać się w promieniach słońca. Z każdą kolejną porcją obiadu złożonego z zimnego tuńczyka z puszki i makaronu, z każdym kolejnym śniadaniem z mlecznej kaszy, katowałem się bezlitośnie, przypominając sobie zapach, smak i konsystencję kawałków dobrze wysmażonego mięsa. Myśli te pojawiły się na początku zupełnie niewinnie, jak ulotne wspomnienie. Jednak z kolejnymi kilometrami ciężkich tras, powracały coraz częściej, zostawały coraz dłużej, stawały się natrętne, wręcz nieznośne. Towarzyszyły mi codziennie – w cieniu dżungli i na spalonej słońcem ziemi, wśród szczytów lodowca i na brzegu rzeki. W chmurach i w słońcu, w deszczu i w śniegu. Wracały nieosiągalne, niemożliwe do spełnienia w ekstremalnych warunkach w jakich przyszło nam wędrować. 

Dobiegający już całkiem blisko grzmot pioruna przebudził mnie z odrętwienia. Zaczęło padać. Kilkadziesiąt metrów od nas widać było wydostające się z wnętrza małego baraku słabe światełko. Jak ćmy ruszyliśmy w tamtą stronę, z nadzieją na znalezienie schronienia. Gorąca woda i ciepły posiłek, pozostały nadal jedynie mglistym wspomnieniem.

Czy to drzewo ma owoce?

Barak stał kilka metrów od torów. Ze środka, przez liczne szczeliny, wydobywało się słabe światło kreśląc kontury najbliższego otoczenia. Po lewej stronie znajdowała się zajezdnia – kilkunasto metrowy pas szyn, ułożonych równolegle do torów na których staliśmy. Pomiędzy nimi – wystająca z ziemi zwrotnica. Tuż za budynkiem wyrastała ściana dżungli, pochylając się na pokryty blachą dach. Ta licha konstrukcja zbudowana była z płyt pilśniowych, kawałków drewna i blachy falistej. Kilka stopni ułożonych z desek prowadziło wprost do drzwi, które otworzyły się powoli, ukazując w progu sylwetkę człowieka, zaledwie czarną plamę na tle wydobywającego się ze środka światła. Tak poznaliśmy Dróżnika. v Weszliśmy po stopniach do baraku. W środku panował półmrok. Zapalona świeca rzucała ledwie widoczne cienie, roztańczone podmuchem wiatru wdzierającego się przez uchylone drzwi. Domek miał dwie małe izby. Na środku stał stary fotel, z którego wystawały na zewnątrz stare, powyginane sprężyny i kawałki gąbki. Dróżnik zaprowadził nas od razu do pomieszczenia, po prawej stronie od wejścia. Zapaliłem latarkę. W świetle ukazały się stosy materacy, poukładane jeden na drugim jak na sali gimnastycznej. Na nich leżały koce, szmaty i zwykłe śmieci. Rupieciarnia. Dróżnik mamrocząc coś pod nosem zaczął szybko krzątać się, rozkładając wprost na gołych deskach narzuty. - Tutaj możecie spać, usłyszałem, po czym usiadł zadowolony obok posłania. 

Z ulgą ściągnąłem bagaże i oparłem je o ścianę. Dotychczas naprężone od ciężaru plecy i ramiona zaczęły wiotczeć, dając przez chwilę przyjemne uczucie odprężenia, które szybko zamieniło się w zmęczenie i ból. Położyliśmy się na tym prowizorycznym łóżku – Ola, w środku ja, a po mojej prawej stronie – Dróżnik. W naszych nogach leżała stara, zardzewiała maczeta. Zwinięty w kulkę, wyschnięty odwłok pająka przypominał mi o tym, że cały czas znajdujemy w sercu dzikiej dżungli odgrodzeni jedynie od tego niedostępnego świata kilkoma kawałkami desek i starą, zardzewiałą blachą. 

Leżeliśmy chwilę bez słowa, ciesząc się w myślach z suchego miejsca, z kąta do spania. Burza rozszalała się na dobre. Przez liczne szpary w ścianach co kilkanaście sekund wpadało białe, ostre światło błyskawic, rozświetlając na ułamek sekundy pomieszczenie. Krople deszczu rozbijały się o blachę, gubiąc całkowicie rytm – zaczęło lać, jak tylko w klimacie podrównikowym deszcz lać potrafi – mocno i rzęsiście. 

Próbuję ustalić, czy można złapać stąd pociąg i o której godzinie. Podobno ma być o piątej rano. Mamy więc kilka godzin odpoczynku a może, jeśli się uda, odrobinę snu. Dróżnik mieszka tutaj przez pięć do dziesięciu dni pod rząd. Potem przyjeżdża zmiana. Zapas żywności dowożą pracownicy kolei, którzy zatrzymują się na zajezdni tuż obok. Nie ma radia ani krótkofalówki, toalety, prądu. Mieszka w równie spartańskich warunkach jak my przez ostatnie dni i noce wysoko w górach. Nie ma nawet porządnego łóżka – śpi razem z nami, na podłodze, podsuwając pod głowę stary, zbutwiały materac. 

Z plecaka wyciągnąłem album z fotografiami z Polski (prezent dla Giovanny, przyjaciółki z Peru). Był ciekaw każdego zdjęcia, za każdym razem dotykał palcem kartki i pyta: – A esto? 

Przewracałem strony dalej, czasami wracaliśmy do poprzednich zdjęć. I tak podróżowaliśmy razem, przez Polskę. A ta, odległa niczym marzenia, zdawała się pięknieć z każdą stroną. Z tęsknotą patrzyłem na piękne polskie lasy, zielone wzgórza, kwitnące pola, rozciągnięte po horyzont łany zboża. Przechadzaliśmy się razem brzegiem Bałtyku, zwiedzaliśmy wyniosły na wzgórzu Zamek Książ pod Wałbrzychem, spacerowaliśmy po lasach, łąkach, parkach krajobrazowych, oglądaliśmy Maczugę Herkulesa, baraki obozu w Oświęcimiu, przyglądaliśmy się starym kościołom i cerkwiom, pływaliśmy po mazurskich jeziorach. Tego wieczoru byliśmy w Gdańsku, Szczecinie, Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Tego wieczoru zatęskniłem za krajem. 

Chyba najbardziej podobała mu się polska wieś. Dziwił się lasom, które w porównaniu do dżungli można by stawiać za wzór ładu i porządku. Przyglądał się dachówkom na starych kościołach ciesząc się, że podobne znajdziemy w Peru.
– Czy to drzewo ma owoce? – Palcem zatrzymał się na zdjęciu ogromnego drzewa. 

Rozpoznaję je natychmiast - to Dąb „Bartek”. Później wielokrotnie jeszcze pytał patrząc na lasy, czy są w nich owoce i za każdym razem kręcąc z niedowierzaniem głową, że tak wielkie ilości drzew, ten olbrzymi dąb, który jest nawet zabytkiem w Polsce, nie rodzą mango, bananów, pomarańczy i kiwi, nie dają pożywienia ludziom.

A potem usnęliśmy. 

Autostopem w drogę

Ze snu na chwilę wyrwał mnie łoskot nadjeżdżającej lokomotywy i blask reflektorów, który przez szpary w ścianach wciskał się do środka. Przejechała tuż obok, zaledwie kilka metrów od nas, powodując lekkie drgania lichej konstrukcji baraku. Zasnąłem ponownie na wpół drzemiąc, by obudzić się znowu tuż przed piątą rano. Zapytałem ponownie o nasz pociąg. Czuję, że nie możemy się zrozumieć, że moja mała znajomość hiszpańskiego coś istotnego pomija, źle interpretuje. Pociągu nie będzie, słyszę z ust Dróżnika. Zaczynam od początku, starając się wypowiedzieć poprawnie każde słowo. Nic z tego – pociągu nie będzie. Próbuję jeszcze raz, gdy po chwili słychać łoskot i ponownie, kilka metrów od baraku przejeżdża lokomotywa. Po chwili słychać, że wraca. – Szybko! Szybko! Idźcie na tory! Zaraz będzie mały pociąg! – energicznie rzucił Dróżnik, pomagając nam założyć plecaki. Dosłownie wybiegliśmy na szyny, potykając się w ciemnościach. 

Nie było czasu na pożegnania, na dobre słowa za pomoc. Wszystko stało się tak nagle, nieoczekiwanie. W jednym słowie „dziękuję” musieliśmy wyrazić całą naszą wdzięczność, jednym spojrzeniem uchylić czoła przed człowiekiem, który tej nocy podzielił się z nami tym, co miał tego dnia najcenniejszego – suchym miejscem do spania. Miałem uczucie, że ta cała historia, stojący w progu Dróżnik - to tylko sen. Dziwnie się czułem wiedząc, że ten kawałek świata jakiego uchylił nam ten człowiek, z powrotem się zamyka, że rozstajemy się na zawsze, wracając na własne tory życia. Jednak wiem, że ta licha konstrukcja z drewna i blachy tamtej nocy to był także mój dom, bezpieczny adres, dający nam schronienie przed burzą, deszczem i nocą spędzoną na torach. Teraz wiem, że w podróży różne światy czasami przenikają się nawzajem w dziwnych zrządzeniach losu, powodując zatarcie granic, pozbycie się uprzedzeń, konieczność zaufania drugiemu człowiekowi. W tych momentach jesteśmy takimi samymi ludźmi, czasami w tak samo trudnej sytuacji – bez względu na to skąd pochodzimy i jak wiele nas dzieli. 

Staliśmy przy torach. W oddali widziałem Dróżnika. Patrzył przez chwilę w naszym kierunku, po czym zniknął za drzwiami… 

Nagle z ciemności wyszedł mężczyzna i stanął obok nas. Postawiam się upewnić co do pociągu - nie daje mi to spokoju. - Señor, czy będzie zaraz pociąg? - Nie, nie będzie, słyszę w odpowiedzi. Czułem się trochę zdezorientowany. Dróżnik każe nam wybiegać na tory, o co chodzi? Co robi tutaj ten mężczyzna? W oddali słyszę przecież nadjeżdżającą maszynę, łoskot ton stali. To musi być pociąg! Coś mnie tknęło. Señor, a czy będzie MAŁY pociąg? - Tak, za chwilę, odpowiada równie precyzyjnie jak zadane pytanie. 

Zza zakrętu wyłoniły się najpierw lokomotywa, a tuż za nią, podczepiony jeden wagon. Szybko zapaliłem latarkę i stojąc tuż przy torach machnąłem kilka razy nad głową. Powoli, ciężko, sapiąc i dysząc lokomotywa zaczęła hamować, aż wreszcie stanęła kilka metrów dalej. Tylne drzwi wagonu otworzyły się. Udało się, złapałem pierwszego stopa w Peru…


Peru 2007 - w drodze do La Playa

Życie w wysokich Andach nie należy do najłatwiejszych. Spotykane po drodze malutkie wioski i pojedyncze domostwa leżą gdzieś w górach, pomiędzy szczytami pokrytymi wiecznym śniegiem. Jest zimno. Brak prądu i ogrzewania. Mieszkańcy palą ognisko bezpośrednio w domu - skaczące płomienie przyjemnie nagrzewają skromną izbę, dają ciepło, możliwość przyrządzenia posiłku. Dach takiego domostwa wygląda wtedy jakby owiany był mgłą - to ulatujący dym pokrywa strzechę, wydostając się przez gęsto splecione kawałki słomy i innych naturalnych budulców. Bieda straszna podobnie jak warunki życia.


Tamtego dnia wędrowałem do La Playa - ostatniego miejsca włóczęgi po górach. W malowniczej dolinie stała chatka, ogrodzona drewnianym płotem. Udało mi się tam znaleźć chwilę odpoczynku w pogoni za Santosem i dwoma mułami, którzy wyprzedzili mnie o kilka kilometrów. Powyższe zdjęcie przedstawia wnętrze tego domku, gdzie pośród śmieci i innych rzeczy niedbale rozrzuconych po izbie siedziało wprost na ziemi małe dziecko, z tradycyjnym, peruwiańskim kapeluszem na głowie.


Nepal 2008 - Superkrasnle znów w drodze!

Już za tydzień, a dokładnie w sobotę 22 marca 2008, dwa małe krasnale uciekają w kolejną podróż - tym razem spędzą ponad trzy tygodnie w Nepalu.

Dwa tajemnicze krasnale (co ja mówię – Superkrasnale!), odwiedzili już Chiny, Maroko, Kambodżę, Laos, Wietnam oraz Peru. Za każdym razem przywożą setki zdjęć, dziesiątki opowieści a także cenne dla innych doświadczenia, zarażając co rusz nowe osoby bakcylem podróży.

Gosia i Rafał, bo o nich mowa, to prawdziwi pasjonaci podróży, ludzie ciekawi życia, z wielkim poczuciem humoru i słabością do wszelkiego rodzaju dań z odległych zakątków świata. To także moi przyjaciele, z którymi zawsze z miłą chęcią rozegram partyjkę kości nad brzegiem Odry :)

Tak więc moi drodzy, zapraszam Was wszystkich na stronę www.superkrasnale.com, gdzie będziemy mogli wspólnie, na bieżąco (tak, tak - relacja będzie “na żywo”!), śledzić losy Gosi i Rafała, z niecierpliwością czekając na zdjęcia, opisy i szczęśliwy powrót.

Powodzenia!!!
M.Z.


Peru 2007 - to już jest koniec

Jeszcze to do mnie nie dociera ale tak, to już jest koniec tej niezwykłej, obfitującej w wiele przygód wyprawy. Obecnie jesteśmy w małej mieścinie Junin, około 10km od najwyżej położonego w obu Amerykach jeziora Lago de Junin. To tzw. altiplano, czyli płaskowyż, który na pierwszy rzut oka nie wydaje się być na wysokości ponad 4100 m n.p.m. W nocy jest bardzo zimno, w dzień…cóż, dzisiaj spadł śnieg :) Nie jesteśmy przygotowani na taką pogodę i szczerze mówiąc tęsknię za słońcem dżungli.

Idąc przez pola i mokradła dotarliśmy blisko jeziora (skąpałem się przy okazji po uda w bagnie) ale niestety zbliżające się burze, które dosłownie nas otoczyły zmusiły nas do szybkiego odwrotu z tego płaskiego jak patelnia terenu. Z prześwitów udało mi się wykonać to jedno zdjęcie poniżej.


Jutro o 8 rano wyjeżdżamy do Tarma i stamtąd prosto do Limy, do której
powinniśmy dotrzeć wieczorem. Dziękuje wszystkim za odwiedziny i komentarze. Od początku wyprawy strona była otwierana ponad 1037 razy przez 256 użytkowników z 14 krajów. Oczywiście relacje z opisem przygód oraz kolejne zdjęcia zostaną uzupełnione po powrocie do Polski, o czym zostaniecie niezwłocznie poinformowani na stronie.

Jest bardzo zimno teraz. Jesteśmy zmarznięci i przemoczeni. Jedynym marzeniem jakie przychodzi mi do głowy jest…slońce i wszechogarniające
ciepło. No i może gołąbki :) Z wielkim żalem żegnamy się z Peru i na zakończenie ostatnie zdjęcie z dżungli, które przywołuje niezapomniane, cieple wrażenia. Zdjęcie zostało zrobione na „Henrym 5”, naszym statku, którym przepłynęliśmy prawie 500km Amazonka i Ucayali, w samym środku dzikiej dżungli. Na zdjęciu indiańskie ozdoby wplatane we włosy.


Muchas gracias y hasta pronto!!!


Peru 2007 - welcome to the jungle

Dżungla. Wilgotność 90%. Temperatura 32 stopnie. Prosto z Pucallpy, do której dotarliśmy szczęśliwie statkiem, jedziemy ciężarówka 140km w sam środek dżungli. Samochód wygina się na wszystkie możliwe strony, pokonując błoto, wysokie na metr koleiny, strumyki a nawet rzeki. Widoki i klimat niesamowite. Wszystko zdaje się być kilka razy większe niż w rzeczywistości. W nocy, kiedy wydawało się, że w końcu będzie ciszej od wszędobylskich hitów ¨Adios Amor¨ i innych, dżungla zaczyna swoją własną serenadę. Zaczyna śpiewać, ruszać się, polować - powodując, że nasza wyobraźnia dostaje niezłej adrenaliny. Na całe szczęście nie musimy spać w hamakach na środku ¨sceny¨.


Po 2 dniach (z noclegiem w Ciudad Constitucion) dotarliśmy do Puerto Bermudez. Mała wioska, która jest centrum regionu. Okazało się, że w tutejszym kościele swoja opiekę sprawuje ksiądz z… Polski. Henrrik Chillapa jak przekręcili Peruwiańczycy. Niestety nie możemy się spotkać osobiście, gdyż padre Henryk w tym czasie przebywał w Limie. Zostawiliśmy mu list z pozdrowieniami.

Z braku czasu nie mogliśmy udać się z jedną grupa na wyprawę w serce dżungli, ponieważ przewodnik nie mógł nam zagwarantować na 100%, że zdążymy wrócić w czwartek wieczorem. Wszystko zależy od poziomu rzek i jej nurtu, który szaleje wraz z opadami deszczu. Reszta grupy ma czas. My niestety nie, gdyż już w niedzielę mamy samolot a jeszcze dzieli nas od cywilizacji 100km bardzo trudnej drogi w kierunku południowym. Jednak nie tracąc czasu zwiedzamy okolice wioski, która leży w samym środku tej rozszalałej roślinności, jednak nie ma w jej okolicach widocznych dzikich zwierząt.

No może z wyjątkiem pająków, które mam szczęście spotykać wszędzie gdzie się zatrzymamy. Tym razem nie byłem do końca pewien czy nawet ciężki, górski but wystarczy. Miał jakieś 15-18cm rozstawu nóg i czegoś tak wielkiego w postaci pająka jeszcze na oczy nie widziałem. Została po nim tylko noga na ścianie i coś na podłodze. W takiej postaci bardziej mi się podobał, choć nie ukrywam, że ciekawość zbliżyła mnie do niego na jakieś pół metra. Do chwili kiedy nie wykonywałem żadnych ruchów, pająk zdawał się mnie nie zauważać. Dopiero kiedy uderzyłem z całej siły skoczył jak błyskawica, uciekając spod lecącej w jego stronę podeszwy. Tak, welcome to the jungle. Wszystko się rusza, wszystko żyje. Karaluch, którego miałem okazję pomylić w pierwszej chwili z myszą (kto widział biegającą po ścianie mysz?) miał około 8cm długości. Wcale nie był wolniejszy od tych akademikowych.

Obecnie jesteśmy w małym miasteczku La Merced, które jest jakby wrotami do dzikiej dżungli lub cywilizacji jadąc od naszej strony. Dotarliśmy tutaj po 10h jazdy na pace ciężarówki, od czego boli nas dosłownie wszystko. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak ciężko jest wyrwać się z dżungli - w tym okresie bardzo dużo jest opadów deszczu i rzeka, którą przekraczaliśmy trzy lub cztery razy, zamieniła się w rwący potok koloru brunatnego. Gdyby nie pomoc wielkiej koparki, która dosłownie zrobiła swoim ¨ciałem¨ tamę w jej najgłębszym miejscu, nie bylibyśmy w stanie przekroczyć rzeki i dotrzeć na czas do Limy.


Przejeżdżając przez nią, samochód nasz zatrzymał się na środku i woda zaczęła wlewać się do środka. Na szczęście staliśmy na pace gdzie woda nie sięgała. Prąd był tak silny, że jednego śmiałka, który zbytnio oddalił się od koparki, prąd od razu zniósł na wielkie kamienie i musieliśmy wyciągać go liną. Prawie jak Marlboro Adventure :)


Peru 2007 - manana, manana, manana

No i utknęliśmy w Iquitos… W Peru, szczególnie w dżungli, wszystko zdaje się być „mañana”. Jak zapytałem kiedy odpływamy otrzymałem odpowiedź: - dzisiaj. Za chwilę jednak może to juz być „mañana” czyli jutro. Z rozbrajającym uśmiechem na ustach jeden z pracowników statku powiadomił wszystkich pasażerów, że odpływamy „mañana”. Pięknie. 8h czekania na darmo. Noc spędziliśmy na statku. Dzisiaj mieliśmy najpierw odpłynąć o 12:00, później o 17:00 a po chwili była już „mañana”. Czas płynie tutaj zupełnie inaczej. Na razie się tym nie przejmuję, ale za kilka „mañana” mogę nie zdążyć na samolot z Limy, a ponieważ nie ma innej drogi niż Star Peru (linie lotnicze którym „dziękuje” do końca życia za to, że udało się wylądować dosłownie spadając w połowie pasa startowego) lub statek, musimy czekać :)


Powyżej zdjęcie sprzed dwóch dni z Iquitos. Rozszalała się burza nad dżunglą, która po chwili nadciągnęła nad miasto w postaci błysków i strumieni deszczu. Widok był niesamowity. Pioruny uderzały gdzieś w dżunglę, przeszły nad Amazonką i dotarły do miasta.


Dla ciekawostki zamieszczam także zdjęcie wnętrza statku. Tak oto wygląda sypialnia. Nasz “Henry 5” ma na dolnym pokładzie cargo czyli wszelkiego rodzaju zwierzaki, butle z gazem, wielkie beczki i stosy pudełek z ciastkami. Na drugim pokładzie jest sala tylko dla pasażerów oraz kuchnia. Wbrew temu co pisała Beata Pawlikowska, posiłki są i to nawet smaczne a w łazience trudno doszukać się specjalnie brudu, który min. wymusił (wg. książki ¨Blondynka śpiewa na Ucayali¨) na p. Pawlikowskiej zejście na ląd po dwóch dniach podróży. No chyba że to był inny statek ale z tego co się zdążyłem zorientować jest tylko druga linia, których statki wyglądają identycznie 


Trzeci pokład to także sypialnia wraz z barem a ostatni pokład to w sumie już dach, z którego można podziwiać na razie tylko port, a który wygląda jak wielkie, rozdeptane mrowisko. Podobno jutro wypływamy na 100%. Mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce ale nie „mañana”…


Peru 2007 - kilka zdjęć w galerii

Zapraszam do pierwszej galerii zdjec z Peru. Obecnie jestem w Cuzco gdzie dostep do netu jest zdecydowanie lepszy niz w gorach :) 

Ponizej znane chyba wszystkim zdjecie Macchu Pichu. Rankiem kiedy tam dotarlismy, praktycznie bylismy w chmurach i nic nie bylo widac. Na szczescie wiatr przegonil je szybko i oto Macchu w calej okazalosci.


PS. Jutro o 17.00 wyjezdzamy do Limy - w poniedzialek mamy lot krajowy do Iquitos (najwieksze miasto na swiecie do ktorego mozna dostac sie tylko samolotem lub rzeka. Miasto znajduje sie w sercu wielkiej dzungli, dokad nie prowadzi zadna droga ladowa). Z dzungli bedziemy wracac statkim handlowym rzeka Ucayali do Pucallpy. Sam rejs zajmie nam jakies 5 do 7 dni. Do zobaczenia! MZ.


Peru 2007 - 4 680 metrów pokonane

Wysokość 4680m. n.p.m., ponad 70 km pieszo po bezdrożach Andów - zostało pokonane! Wprawdzie nie liczy się to do zdobytych szczytów bo to ¨tylko¨ przełęcz ale pozostała ogromna satysfakcja. Samo wejście nie jest trudne ale biorąc pod uwagę, że musieliśmy tam dotrzeć trekując ponad 
5 dni wysoko w górach, w deszczu, w palącym słońcu a nawet śniegu i przy akompaniamencie gradu, sypiając dużo ponad 3000 metrów lub schodząc do samego dołu nad rzekę i wspinając się do góry z powrotem - to nie jest to juz takie 
łatwe.


Wejścia pod góre miały praktycznie non stop ponad 30 stopni nachylenia a dochodziły czasem do 45 stopni. Sama droga to 
wąskie ścieżki z ostrymi jak brzytwa kamieniami a także niekiedy rwącymi potokami, które nie wiadomo dlaczego upatrzyły sobie także tą same trasę co my. Dodając do tego błoto w którym buty zapadały się ponad kostkę oraz zimno mamy obraz treku w Andach. Było super! Szóstego dnia odmówiło mi posłuszeństwa lewe kolano i schodziłem
z usztywniona noga. Dzisiaj odpoczywamy w Aguas Calientes, praktycznie godzinę drogi od Machu Picchu, do którego dotrzemy jutro pieszo specjalnie na wschód słońca.

W ten piątek spotykamy się z Giovanna w Cuzco i w niedziele uciekamy do… muy grande selva czyli bardzo dużej dżungli - aż do Iquitos, które leży w sercu Amazonii. Stamtąd jedziemy a raczej płyniemy do Pucallpy statkiem handlowym - czyli znowu na jakieś 5-7 dni będziemy odłączeni od świata. Pozdrówka!


PS. Dla wszystkich oczekujących na zdjęcia - bardzo mi przykro, ale komputery, które mam okazję używać w tych maluśkich wioskach są baardzo wiekowe i system działa tak wolno, że jak zacznę konwertować CR2 do JPG to obawiam się, że nie wyjdę stąd przez miesiąc. Ale już w niedzielę postaram się z Cuzco wrzucić parę fotek. Pisendlof.


Peru 2007 - krótka informacja, żyjemy :)

Hello!!!

Dotarliśmy szczęśliwie. Relacja jest przygotowywana ale brakuje czasu na to wszystko:( Dopiero się rozkręcam. Dzisiaj przyjechaliśmy z Limy. 22h w autobusie. Zaduch straszny i do tego problemy z ciśnieniem i okropny ból głowy. Nie ma co - tzw. „soroche” (choroba wysokościowa) nas złapało i trzeba przez to przejść. Nie ma w tym nic dziwnego - dzisiaj wspięliśmy się na przełęcz na ponad 4000m.n.p.m.  

Jeden chłopak w autobusie stracił przytomność. Co ciekawe, w autobusie wąchaliśmy przytknięte do nosa nasączone waciki ze spirytusem - podobno pomaga na „soroche”. Mnie chyba średnio :) Do tego wszystkiego obejrzałem chcąc a raczej nie chcąc chyba z 8 filmów. Oczywiście głośnik miałem nad sama głową, który ryczał tak, że do tej pory nie wiem czy to „soroche” czy ¨pranie mózgu¨ hiszpańskojęzycznym ¨Constantine¨.


Zatrzymaliśmy się na całe szczęście w jakiejś wiosce, gdzie od razu zamówiłem kawę i dwie hiszp.: „mate de coca” - czyli herbata z liści koki, którą zaleca się w przypadku problemów z wysokością. To już było lepsze - pomogło na kilka następnych godzin. 


Jutro o 15:00 jedziemy do małej wioski organizować sobie trekking czyli przewodnika, konia lub muła oraz prowiant na cały tydzień poza cywilizacją. W sobotę następnego tygodnia przylatuje do Cuzco Giovanna i myślę, że w piątek uzupełnię relacje i zdjęcia. Na razie na zachętę wykonane dzisiaj w Cuzco zdjęcie lokalnego sprzedawcy czapek i kapeluszy.

Pozdrawiam i do zobaczenia! MarcinZ.


Peru 2007 - pierwsza notatka z podróży

Hello! Korzystając z chwili wolnego czasu w Mad Hostel piszę tych kilka słów. Spędziliśmy w Madrycie prawie całą dobę ale to stanowczo za mało na tak piękne miasto. Prosto z lotniska pojechaliśmy do ambasady RP . Niestety znajduje się na obrzeżach miasta i znaleźć ją nie było łatwo, przez co “straciliśmy” mnóstwo czasu. No ale widząc dzisiejsze wyniki teraz wiemy, że sie opłacało. Wogóle byliśmy trochę zaskoczeni frekwencją w Madrycie. Co chwila mijaliśmy na ulicach młodych Polaków. Zapytany strażnik o wybory, powiedział, że rano podjeżdżały pełne autobusy z turystami, którzy prawdopodnie będąc na wakacjach oddali swój głos za granicą. Strażnik sprawdził nasze dokumenty i kazał zostawić bagaże przed wejściem, tlumacząc się względami bezpieczeństwa. Oddaliśmy swój głos i ruszyliśmy z powrotem na stację metra i dalej do hostelu.


Wczoraj mieliśmy mały wieczór “zapoznawczy”, podczas którego z niecieprliwością śledziliśmy szaleństwo wyborów i opóźnień w ciszy wyborczej. Nerwy udzielały się wszystkim :)OK, muszę kończyć. Za 30min jedziemy na lotnisko i dalej do Peru po dalszy ciąg przygód.

Pozdrowienia, MarcinZ.


Peru 2007 - ostatnie przygotowania

“[…]Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…” to chyba najtrafniejsze określenie tego co czuje teraz pakując plecak. Powoli dociera do mnie, że już o 5 rano zaczyna się podróż w nieznane. Jakie będzie Peru? Czego się spodziewać? Wszystko okaże się na miejscu i szczerze mówiąc - nie mogę się już doczekać. Podekscytowanie pakując plecak i kompletując sprzęt sięga powoli zenitu :)


Tak oto wygląda cały zestaw jaki muszę ze sobą zabrać - duży plecak z rzeczami, namiotem i karimatą. Mały plecak ze sprzętem foto. Pas w którym schowane są od wewnętrznej strony pieniądze, zwinięte w rulony i wsadzone w folie. Na koniec przewodnik, mapa i paszport. Jestem gotowy.


Mam nadzieję, że uda się wrzucić kilka zdjęć i relacji prosto z podróży. Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia pod koniec listopada!

MarcinZ.

Using Format