Tybet 2010 - koniec leniuchowania

W koncu nadeszla upragniona chwila. Po 4 dniach spedzonych w Katmandu rozpocznie sie jutro kolejny etap podrozy - droga do Dharamsala.

Pomimo calego uroku jaki ma w sobie Katmandu, niezle sie wymeczylem tutaj. 28 stopni, zgielk i tysiace ludzi zrobily swoje. Zaczalem doceniac cisze i spokoj tybetanskich drog. Szczerze mowiac polecam to miasto ale na krotko - dwa, gora trzy dni. Pozostaly czas warto zarezerowac sobie na duzo spokojniesze i ciekawsze wypady po Nepalu.

Jutro o 14:50 mam wylot do Deli i tego samego dnia sprobuje dostac sie do jednego z wielu autobusow odjedzajacych w kierunku Dharamsali. Okolo 500km drogi, na szczescie w nocy wiec spedze ten czas na spiaco, zajmuje jakies 12h jazdy. W poniedzialek chcialbym ustalic z Panem Tsultrim Dorjee z biura Dalaj Lamy, szczegoly spotkania. Na dzien dzisiejszy nie wiem ile ono potrwa, jaki bedzie mialo przebieg ani ile czasu moge poswiecic na zdjecia. Te niewiadome wkrotce sie wyjasnia.

Byc moze temat uchodzcow tybetanskich wroci w Dharamsali - jezeli sie nie myle, wielu nowych uchodzcow powinno przebywac wlasnie w tym miejscu. Byc moze w realizcji tematu pomoga mi osoby z biura DL, ktore powinny byc w temacie. Wierze, ze spotkanie to a takze wizyta w duzo spokojniejszym Himalaya Pradesch, beda zdecydowanie ciekawsze od prawie 5ciu dni w Katmandu.

Tymczasem zabieram sie za ponowne pakowanie, z naprawde duzym entuzjazmem.

PS. Dzisiaj udalo sie, po prawie dwoch tygodniach przerwy, nagrac kolejne wrazenia z podrozy dla Polskiego Radia Szczecin. Prawdopodobnie, juz w najblizsza sobote, bedziecie mogli posluchac wrazen w ramach programu “Archipelag” PRS.


Tybet 2010 - rozmowy z bratem

Po czterech dniach w Katmandu w koncu zaczynam ogarniac to miasto. Zdecydowanie, pomimo w miare tanich taksowek, polecam piesze zwiedzanie. Ponad milion mieszkancow w metropolitan city jak widnieje na plakatach, potrafi wymeczyc.

Po spokojnym Tybecie, gdzie czasem na trasie az dzwonilo w uszach od ciszy, Katmandu zdaje sie byc turystycznym pieklem. Jednak jezeli blizej przyjrzec sie temu miastu, jest ono warte uwagi.


Przede wszystkim Katmandu to mieszanka kulturowa. Kraj ten wcisniety pomiedzy dwie azjatyckie potegi - Chiny i Indie - czerpie garsciami z sasiedztwa. Spotykaja sie tutaj glowne relgie tego regionu - buddyzm i hinduizm - wprawadzajac na ulice istna mieszanine kulturowa, ktora jednak przenika sie w jakis sposob bez konfliktowo. Trudno sobie wyobrazic chaos jaki tutaj panuje. Wystarczy opuscic turystyczny Thamel by znalezc sie w centrum codziennego zycia mieszkancow Katmandu. 

Pierwsze co rzuca sie w oczy to tysiace ludzi i pojadow, ktore jak oszalale przesciagaja sie w waskich uliczkach o miejsce. Tylko w takim miejscach zadziwia nas slupy elektryczne, ktore sluza za rondo. Tylko tutaj linie wysokiego napiecia zwisaja poplatane, czasem kilkanascie centymetrow nad glowa. Przechadzajac sie uliczkami Katmandu natrafimy na setki warsztatow tkackich, wyrobu bizuterii, smochodowych, malarskich, rzezbiarskich, stolarskich i setki innych, ktore wylegaja ze srodka az na ulice. Do tego wszystkiego dziury, wloczace sie psy, wraki samochodow, budowy, ciezarowki i gruz. 

Idac w kierunku zachodnim od Thamel natrafilem na rzeke. Lecz trudno mowic tutaj o wodzie, ktora powinna nia plynac. Wyschniete o tej porze koryto rzeki zalegaja gory smieci, odchody, resztki jedzenia i wszystko to, co juz nie przydatne w domu lub na ulicy miejsca nie znajdzie. Wprawdzie nie widzialem tego na wlasne oczy, jednak przeczytalem, ze podobnie jak w Varanasi, na brzegach tej rzeki ludzie pala w obrzadku religijnym ciala zmarlych, ktorych popioly trafiaja do rzeki. W rzece tej, pomimo wszelkich nieczystosci, mozna zaobserwowac kapiacych sie i pioracych rzeczy mieszkancow miasta. Katmandu po Tybecie naprawde moze wymeczyc.


Spotkana kobieta w poblizu Monkey Temple

Kilka slow o uchodzcach

Ostatnie dni spedzilem na probie zmierzenia sie z tematem tybetanskich uchodzcow mieszkajacych w Katmandu. Proby te, po wielu wizytach w Czerwonym Krzyzu, UN i UNHCR spelzy na niczym. Raz tylko wydawalo sie po jednym telefonie, ze jestem blizej dotarcia do tych ludzi niz kiedykolwiek indziej. Jednak wizyta w UNHCR, jak zasugerowal mi moj rozmowca, znowu wrocila mnie do punktu wyjscia.

Z tego co sie dowiedzialem, w Katmandu mieszka obecnie ponad 20.000 tybetanskich uchodzcow. Wielu z nich, nie ma statusu uchodzcy, zawieszajac taka osobe w prozni. Jeszcze w latach 50-80 ubieglego wieku, uciekinierzy z Tybetu taki status otrzymywali. Po roku 80’ sytuacja dramatycznie sie zmienila - zarowno dla mieszkancow Tybetu, ktorzy nie mieli zadnych szans na otrzymanie paszportu, jak i dla Tybetanczykow w Nepalu, ktorzy praktycznie nie mieli szans na otrzymanie statusu uchodzcy. Ta druga grupa, pozostala tzw. bezpanstwowcami, bez praw, bez szans na wlasny biznes.


Obecnie ani Czerowny Krzyz w Nepalu ani UNHCR nie posiadaja zadnych otwartych programow dla uchodzcow tybetanskich. Sytuacja w Nepalu nie sprzyja uchodzcom. Mozna sie domyslac, ze sasiedztwo tak duzego mocarstwa jakim sa Chiny, w jakis sposob ma na to wplyw. Zdarzalo sie, co jest zabronione zdaje sie Konwencja Genewska o prawach uchodzcow, ze nepalscy pogranicznycy odsylali do Chin uciekinierow znalezionych na terenie Tybetu. Rzad Nepalu reguluje te sprawe jedynie krajowymi prawami i obecnie UNHCR pomaga jedynie nowym tybetanskim uchodzcom przejsc przez tzw. Reception Center i pomoc w dostaniu sie dalej do Indii. Mozna zapomniec o Tibetan Refugee Camp - obecnie rozumie sie przez to kilka budynkow, w ktorych produkuje sie dywany. Ich zakup, o czym informuje stosowana tablica, pomaga spolecznosci tybetanskiej. “Starzy” uchodzcy, zamieszkuja w Katmandu prawdopodobnie trzy dzielnice, w tym Boudha i Jawalikhel. Tam trzeba bylo szukac i tam tez sie udalem. 

Rozmowy z bratem

W jednym z klasztorow uslyszalem od mnicha historie:

“Urodzilem sie w Tybecie, niedaleko Nyalam. Bylo to dokladnie 43 lata temu. Moi rodzice zdecydowali sie uciekac do Nepalu. Zabrali mnie i mojego starszego brata i przez gory przedostalismy sie do Katmandu. Czy pamietam te wedrowke? Nie, bylem wtedy jeszcze malym dzieckiem. Razem z rodzicami i bratem mieszkalismy jakis czas w Katmandu. Jednak po kilku latach ojciec zachorowal. Rodzice poszli wiec do jednego Lamy prosic o rade. Ten powiedzial, ze ani woda ani powietrze nie sluza im tutaj i zsugerowal powrot do Tybetu. Rodzice wraz z bratem wrocili wtedy do krau, ja pozostalem tutaj, w klasztorze. Czy mozna wtedy bylo wrocic? Wtedy nie bylo takich problemow jak teraz. Ludzie w Tybecie mieli nawet paszporty, granice nie byly tak mocno strzezone. 

Gdzies w latach 80tych czasy sie zmienily. Zolnierze i policja pilniej zaczely strzec granic, wszelkie powroty do Tybetu konczyly sie wiezieniem. Tak na stale rozdzielily mnie Chiny od rodziny. Moi rodzice zmarli, zostal tam jedynie brat. Czy mam z nim kontakt? Tak, raz w roku. Umawiamy sie telefonicznie na granicy, na moscie, wiesz ktorym?

Tak Friendhsip Bridge. Jak rozmawiamy? (smiech) on stoi po jednej stronie rzeki, ja po drugiej stronie. Rozmawiamy przez telefon i widzimy jedynie male sylwetki. Machamy wtedy sobie. Czy cos przekazuje bratu? Czesto place kierowcy z Nepalu, zeby przewiozl i oddal mojemu bratu paczke ode mnie. Najczesciej to leki, ryz i pieniadze. Kierowca oddaje umowionej osobie i czasem przywiezie mi list od brata lub jakas pamiatke rodzinna.”

Niestety tylko z tym jednym mnichem udalo mi sie porozmawiac. Szkoda, bo moglyby to byc ciekawe rozmowy i zupelnie nowa wiedza, uzupelniajace podroz po Tybecie. Byc moze w Dharamsali znajde to czego szukam. Z dzisiejszego dnia ciekawsza czescia byla wizyta w szkole, gdzie mialem okazje spotkac sie i porozmawiac dzieki uprzejmosci pewnej nauczycielki i zgody dyrektora z pierwszymi klasami tego niewielkiego budynku. 


Tybet 2010 - Nepal Red Cross

W Katmandu czuje sie w jak luksusach. Ciepla woda, pyszna kawa, tanie jedzenie. Za 1USD mozna kuic 6 pierozkow, tzw. “mo mo” z wolowina w srodku. Nepal jest bardzo tani. Nocleg mozna znalezc od 2 USD za single room po kilkadziesiat dolarow. A jest w czym przebierac. Tysiace hosteli i hoteli w dzielnicy Thamel przyprawia o zawrot glowy. W porownaniu do Tybetu w Katmandu panuje chaos. Lecz w tym chosie, co dziwne, wszystko zdaje sie dzialac poprawnie. 

Ulice w Katmandu wypelnione sa ludzmi - wszedzie stragany z bizuteria, jedzeniem, ubraniami. Posrod nich tysiace malych taksowek i innych pojazdow, mijajacych sie w waskich uliczkach na milimetry. Znalezc cos bez pomocy taksowkarza bylo by chyba niemozliwe. Na kazdym budynki wisza dziesiatki reklam, szyldow i zamazanych napisow. Nie sposob w tak krotkim czasie i bez dokladnej mapy odnalezc miejsce, a tym bardziej jeden budynek. Tak bylo dzisiaj z lokalizacja Nepal Red Cross Society. Schowany gdzies w bocznej uliczce zostal odnaleziony przez kierowce taksowki z nieskrywana duma - mam wrazenie, ze sam nie wiedzial dokladnie gdzie to jest.

Dzisiaj nie mialem czasu na wieksze zwiedzanie, poniewaz caly dzien poswiecilem na rozpoznanie tematu uchodzcow tybetanskich w Katmandu. Tak trafilem do Czerwonego Krzyza, gdzie poporosilem o pomoc w realizacji tematu. Okazalo sie to trudniejsze niz myslalem.

Po rozmowie z wieloma osobami, w koncu trafilem do dyrektora, Pana Indra Prasad Adhikari. Po pol godzinnym spotkaniu i kilku telefonach skonczylo sie na tym, ze dostalem kilka adresow osrodkow i dzielnic z Tybetanczykami. Niestety Czerwony Krzyz w Katmandu, w chwili obecnej nie ma zadnego otwartego programu dla uchodzcow z Tybetu. W latach 90tych, kiedy tysce Tybetanczykow osiedlalo sie w Katmandu, pomoc ze strony orgnizacji rzeczywiscie byla. Obecnie ludzie Ci pozostawienie sa sami sobie. Malo tego, wladze Nepalu nie toleruja wszelkich demonstracji uchodzcow przeciwko Chinom. Takie zachowania karane sa wiezieniem lub wydaleniem do Chin, co jest rownoznaczne. Mr. Adhakiri przekazal mi informacje, ze Nepal nie jest przeciwko Chinom ani nie potepia dzialan partii komunistycznej, stad uchodzcy sa tolerowani lecz wladze Nepalu sa wyczulone na wszelkie protesty majace na celu zwrocenie uwagi na dzialania ChRL. W ten sposob dostalem ostrzezenie, zeby uwazac gdzie i kiedy wspomina sie o Dalaj Lamie, poniewaz na szersza skale nie jest to tolerowane.

Madrzejszy o kilka rad, z adresami w dloni, postanowilem, ze jutro odwiedze dwa z podanych mi trzech adresow. W trakcie powrotu do dzielnicy Thamel, udalo mi sie jeszcze wykonac ponizsze zdjecie zdecydowanie odrozniajacego sie od reszty ludzi Nepalczyka.

Nie wiem co wyjdzie z moich planow tutaj, jednak jestem dobrej mysli.


Tybet 2010 - wizyta u Dalajlamy

Audiencja u J.S. 14stego Dalaj Lamy
Tresc listu do Ksiaznicy Pomorskiej z biura JS Dalaj Lamy w Dharamsala:


“I am directed to inform you that His Holiness will be giving teachings in Dharamshala from October 4-7, 210 t the request of a group of Taiwnese.
So, a brief audience may be possible for your photographer Mr. Marcin Zaborowski with His Holiness on 6 October 2010.”

Dzieki wspolpracy Ksiaznicy Pomorskiej w Szczecinie z biurem JS Dalaj Lamy w Dharmsala, po kilku miesiacach staran i korespondencji, otrzymalem z biura Dalaj Lamy zgode na prywatne spotkanie z przywodca duchowym i polityczym Tybetu. To trzeci etap podrozy, ktory pomimo, ze ostatni, zapoczatkowal cala te wyprawe. W dniu 6 pazdziernika 2010 w Dharamsala odbedzie sie krotie spotkanie z 14stym Dalaj Lama. Malo tego, otrzymalem zgode na wykonanie krotkiej sesji fotograficznej, co mam nadzieje uzupelni i zamknie calosc materialu przywiezionego z tej wyprawy.

Mam nadzieje, ze nie zje mnie trema i wszystko pojdzie po mojej mysli. Nie znam jeszcze szczegolow spotkania, wiem tylko tyle, ze mam pojawic sie w Dharamsala 6 dnia pazdziernika. Oczywiscie bede Was informawac na biezaco o szczegolach i nastepnie przebiegu spotkania, jednak do tego czasu mam jeszcze kilkanascie dni wiec zabieram sie za Katmandu i uchodzcow.


Tubet 2010 - welcome to Kathmandu

  Welcome to Katmandu

Obecnie jestem w dzielnicy Thamal, turystycznej mekki wszystkich backpackersow i nie tylko. Przypomina mi to klimat Khao San Rd. z Bangkoku - waskie uliczki, stragany z tanim jedzeniem i setki hosteli. Zatrzymalem sie w Kathmandu Guest House, gdzie mialem do wyboru pokoje od 2 do 40 USD. Wybor byl prosty :)

Wize do Nepalu mozna wyrobic na granicy. Po wplaceniu 25USD za 15 dni pobytu na terenie Nepalu (najkrotszy okres), skierowano mnie do oficera policji, ktory w swoim biurze podpisal mi kolejna naklejke w paszporcie. Dzieki uprzejmosci poznanej w Tybecie pary z Wloch, dostalem sie sprawnie do Katmandu wynajetym przez nich jeepem. Tak po 4h jazdy po wyboistej drodze, znalazlem sie w Katmandu.

Tym samym rozpoczal sie drugi etap podrozy, majacy na celu dotarcie do uchodzcow tybetanskich, ktorych sytuacja polityczna zmusila do ucieczki z ich kraju. Poznani Wlosi, pracujacy w roznych organizacjach pozarzadowych, obiecali mi dostarczyc kontakt do pewnej osoby z Katmandu, ktora zna temat uchodzcow i pomoze mi dotrzec do tych osob. Na razie, korzystajac z dobrodziejstw internetu w Kathmandu Guest House, szukam na stronach Czerwonego Krzyza i HRW odpowiednich osob, ktore pomoga mi w realizacji tematu. Co z tego wyjdzie zobaczymy wkrotce. Mam 4 pelne dni na zalatwienie tej sprawy.

W najblizsza sobote, tj 2 pazdziernika 2010, samolotem przedostane sie do Deli i nastepnie autobusem do Dharamsala. Tam rozpocznie sie trzeci etap tej porozy, o ktorym mozecie przeczytac w osobnym dzienniku.


Tybet 2010 - ostatni dni w Tybecie

Dzisiaj zakonczyl sie pierwszy etap podrozy, ktorego celem byla wizyta w Tybecie oraz proba poznania tej kultury. Swiadomie napisalem “proba”, poniewaz nie sposob w ciagu dwoc tygodni przejsc przez wszystkie zakamarki i niuanse jakze bogatej, tybetanskiej historii. Setki wizerunkow Buddy, tysiace imion, roznorodnosc przekroczyly moje najsmielsze oczekiwania. Przez ostatnie dwa tygodnie poruszalem sie po turystycznej trasie przez Lhasa, Namtso Lake, Samye, Gyntse, Shigatse, Zhang mu. Na poczatku wyprawy bylem sceptycznie nastawiony do wszelkiego rodzaju agencji turystycznych - czy naprawde ich potrzebuje? Do Lhasy dotarlem bez zadnych przeszkod, nikt nie sprawdzil posiadanych pozwolen. Rowniez w okolicach Lhasy, pozwolenia i moj paszport nie byly potrzebne. Jednak juz po kilku dniach, kiedy zblizalismy sie do granicy Chiny - Nepal, mnogosc punktow kontrolnych i sprawdzanie paszportu oraz pozwolen utwierdzily mnie w przekonaniu, ze podrozowanie po tym kraju bez nadzoru systemu jest praktycznie bardzo utrudnione. Przez ponad 2 tygodnie mialem zaledwie kilka dni na zdjecia - wielokrotnie przemierzalismy setki kilometrow po trudnych drogach, co skutecznie ograniczylo moje “pstrykanie”. Jednak pomimo tego, przywiozlem z tego etapu podrozy ponad 1200 ujec i kilkaset filmow, ktore mam nadzieje zloza sie na ciekawy material. Przede mna kolejne dwa etapy wyprawy, o ktorych dowiecie w kolejnych dziennikach.

Osiem tysiecy metrow

Tym razem bedzie cos dla wielbicieli gor, nie byle jakich! 8 tysiecy metrow nad poziomem morza - te bariere, o ile sie nie myle, przekroczyly na terenie Tybetu nastepujace gory: Mt. Everest, zwany przez lokalnych Czomolungma, Sziszapangma (zdobyta pierwszy raz zimowa przez Piotra Morawskiego i Wlocha, Simone Moro), Lhotse zwany po tybetansku poludniowym szczytem, Czo Oju, wielokrotnie zdobywany przez Polakow i nie wiem czy nie Makalu, na ktory Jery Kukuczka wszedl pierwszy raz polnocnym filarem - now droga. Najwyzsza gora swiata, ktorej polnocna strona znajduje sie na terenie Tybetu jest oczywiscie Mt. Everest (8 848m n.p.m.). Probowano go zdobyc wielokrotnie, ale udalo sie to dopiero Hillary’emu i Szerpowi - Tenzingowi w latach 50stych. Nie latwo bylo wtedy zdobyc Mt. Everest. Cale ekspedycje, zlozone z setek ludzi (najliczniejsi byli Szerpowie, zatrudniani do dzwigania beczek z ekwipunkiem), probowaly znalezc odpowiednia droge na szczyt Everestu. Lata staran roznych ekip pozwolily dopiero Hillary’emu i Tenzingowi pokonac uskok, ktory byl nie do przebycia dla innych. Tak w skrocie otworzyla sie droga na najwyzsza gore swiata.


Mt. Everest widoczny z miejscowosci Tingri.


Widok z pokoju hostelu w Tingri na Sziszapangma

Widok z miejscowosci Tingri


Sziszapangma, widoczna z przleczy polozonej na wysokosci 5600m

Obecnie Mt. Everest jest oblegany w duzej mierze przez turystow. Na nikim juz nie robi wrazenia zdobycie tego szczytu. Do tzw. “Base Camp” polozonego na ok 5000m n.p.m. z latwoscia mozna dojechac samochodem. Himalaistow w tym regionie jest jak na lekarstwo, za to turysci przescigaja sie zeby zrobic kolejne zdjecie na tle gory. Turystyka masowa w tym miejscu doprowadzila do tego, ze mit Everestu zanika ale za to rosnie gora smieci. Teraz wystarczy miec sporo gotowki by “zdobyc szczyt”. Ale co to za zdobywanie, kiedy Szerpowie wrecz wnosza ludzi ku chwale, ubrania sa nieporownywalnie lepsze (wystarczy spojrzec na zdjecia sp. Kukuczki a obecnie ubranych ludzi - roznica jest kolosalna i nie bez znaczenia dla pomyslnosci wyprawy), trudniejsze trasy sa zaporeczowane a w wielu miejscach czekaja na “zdobywcow” butle tlenowe. To juz nie te same czasu zakrojonych na olbrzymia skale logistycznych wyzwan, walki z wysokoscia, dzwiganie kilka razy ciezszych i mniej wydajnych butli tlenowych, planowaniem zapasow czy ciagle negocjacje w sprawie wyplaty dla Szerpow, ktorzy wielokrotnie strajkowali zmuszajac ekipy albo do porazki albo do wyplaty wiekszych sum. Pozostaje oddac jedna prawde - nie kazdy jest w stanie wejsc na te gore. Pomimo wielu ulatwien czy ulepszen, przebywanie na takich wysokosciach jest trudne, wyczerpujace dla organizmu. Wielu nie daje rady, wielu ginie lekcewazac te gore, ktora upomina sie co jakis czas o ofiary.


Tak czy inaczej, Mt. Everest w calej swojej coraz mniejszej chwale, pozostaje najwyzsza gora swiata, ktora pomimo masowej turystyki pozostaje piekna sama w sobie. W miejscowosci Tingri, mialem niczym nie zasloniety widok na najwyzsza gore swiata. Na polu z ktorego obserwowalem te gore, spedzilem ponad 2h krecac film, ktory jezeli wszystko sie udalo, pokaze Wam w przyspieszonym tempie zachod slonca na scianach Everestu. Niezle tam wymarzlem. Tuz przed zachodem slonca zerwal sie silny wiatr, przez co musialem przytrzymywac i tak dodatkowo obciazony statyw. 

Granica

Sa takie miejsca, ktore niezaleznie od kraju wygladaja podobnie. Tak jest tez z miasteczkiem Zhang mu, ktore jest polozone tuz przy granicy z Nepalem. Pomimo tego, ze jest to nadal Tybet, rozni sie on zdecydownie od klimatow jakie dane mi bylo ogladac przez ostatnie 2 tygodnie. Cale miasto to jedna droga, wyrabana jak stopien na zboczu gory. U jej podnoza wije sie rzeka, ktora zdaje sie jest naturalna granica pomiedzy Chinami i Nepalem. Na poboczach drogi rozwinelo sie Zhang mu w taki sposob, w jaki tylko przygraniczne miasteczka rozwinac sie potrafia. Znajdziemy przy niej hurtownie, knajpy, resturacje, burdele, hotele i hoteliki. To wszystko dla licznych kierowcow z Nepalu, ktorych ciezarowki zajmuja wieksza czesc drogi, utrudniajac przejaz innym pojazdom. To co zdecydowanie rozni to miejsce od pozostalych w Tybecie, to roznorodnosc ludzi. Dotychczas spotykalem jedynie Tybetanczykow i Chinczykow. Teraz mozaika sie rozszerzyla o naplywajacych do Zhang mu obcokrajowcow. 

Widok na Zhang mu z hostelu

Dzisiaj rano ruszylimsy z Zhang mu w kierunku granicy. Friendship Bridge, to most dzielacy Chiny od Nepalu. Granica zostala otwarta po stronie chinskiej ok. 10:00. Do tego czasu nazbierala sie duza kolejka, ktora jak na lotnisku, musiala poddac sie procedurom bezpieczenstwa. Caly czas towarzyszyl mi moj przewodnik Tziri, ktory wraz z moim paszportem musial pokazywac kolejnym celnikom kartki z pozowoleniami. To przekonalo mnie w 100%, ze podrozowac po Tybecie bez agencji nie mozna. Sa oczywiscie takie miejsca, np. okolice Lhasy, gdzie samotnym podroznikom bez problemu sie uda. Jednak granicy Chiny - Nepal nie bylbym w stanie przekroczyc bez w/w pozwolen. 

Ostatnie dni w Tybecie.

Pozegnanie z Tybetem - welcome to Kathmandu

Wiele dni spedzonych wspolnie z Su Nam i Tzirim spowodowaly, ze ciezko sie bylo rozstac. Przez ponad 2 lata pracy jako przewodnik, Tziri przeprowadzil kilkudziesieciu turystow. Wszyscy po jakims czasie opuscili Tybet, tylko para w/w Tybetanczykow wracala za kazdym razem do Lhasy. Pozegnanie bylo krotkie, mialem wrazenie, ze Tziri, dotychczas rozmowny, nie chcial za wiele tym razem mowic. Podalismy sobie rece i bez slowa kazdy z nas poszedl w swoja strone - Tziri z powrotem do Lhasy, ja do Nepalu. Tak rozpoczela sie druga czesc tej wyprawy, czyli wizyta w Katmandu.


Tybet 2010 - nie dla backpackersów

Tybet nie dla backpackersow

Dzisaj wypada rowno polowa czasu przewidzianego na podroz po Tybecie oraz krotkie wizyty w Nepalu i Indiach. Dlugo myslalem nad podrozowaniem na Dachu Swiata, nad przygoda, samodzielnoscia i tym co w podrozy najlepsze - wolnoscia wyboru. Zbliza sie koniec wycieczki (swiadomie tak nazwalem ta czesc podrozy) - juz za 3 dni bede w Katmandu, gdzie rozpocznie sie drugi etap tej wyprawy. Nie mam za wiele czasu, poniewaz czeka mnie pranie, jedzenie oraz naladowanie baterii. Tak wiec zaczynamy…

Jezeli jestes wszelkiej masci wielbicielem gor, jezeli jestes buddysta, jezeli kochasz podroze i ciekawi Ciebie kazdy zakatek swiata niezaleznie od kosztow - Tybet jest dla Ciebie.

Jednak jezeli jestes typowym backpackersem, ktory liczy kazdy grosz i przede wszystkim ceni sobie wolnosc wyboru w podrozy - to nie jest miejsce dla tego rodzaju osob.

Caly czas mam mieszane uczucia co do tego miejsca. Z jednej strony jest “system”, ktory wymusza na turystach poruszanie sie po z gory ustalonej trasie podrozy oraz ceni siebie liczac w tysiacach dolarow. Z drugiej strony jest kraj, ktory warto odwiedzic chociazby po to, zeby naocznie przekonac sie o unikalnosci tej kultury, jej bogactwie i zyczliwosci jego mieszkancow. Wiele jest rzeczy, ktore w porownaniu z innymi w Azji wypadaja kiepsko. Jedna kazdy kraj jest inny i staram sie podejsc do tego ze zrozumieniem i akceptacja takiej formy podrozowania (co nie za bardzo mi odpowiada).

Krotko podsumowujac - warto tutaj przyjechac - jednak nalezy liczyc sie z tym, ze ta czesc Azji jest bardzo wymagajaca co nie kazdemu moze sie spodobac. Korzystajac z faktu, ze jestem obecnie w Shigatse, drugim co do wielkosci po Lhasie miescie, skorzystam jeszcze dzisiaj z kafejki internetowej ale najpierw musze ja odnalezc. Ponizej kilka zdjec z ostatnich dni.


Podczas jazdy z Gyantse do Shigatse zatrzymalismy sie przy domu, w ktorym z kukurydzy wyrabiano make. Krecace sie kola napedzane byly woda. Taki tybetanski mlyn i mlynarz ponizej.


Tybet fotograficznie

Jest to kraj, ktory chyba moge zaliczyc do krajow “no photo”. Napis ten widnieje w prawie kazdym klasztorze i naprawde trzeba sie niezle nagimnastykowac lub wykosztowac, zeby zrobic chocby kilka ujec jednej sali w danym klasztorze. Na szczescie wielu mnichow wykazuje sie zrozumieniem i otwartoscia dzieki czemu powstalo kilka ujec z klasztorow, ktore moge zaliczyc do udanych (1-2 ujecia dziennie). Fotografowanie poza klasztorami, zwyklych ludzi, nie stanowi az tak duzego problemu i nie odbiega za wiele od innych krajow (choc w porownaniu z Birma to Tybet wypada bardzo blado, jednak taki “jego” urok). Wprawdzie ludzie niechetnie staja przed obiektywem ale jezeli najpierw sprobujemy porozmawiac i przekonac wesolo - prawie zawsze sie zgadzaja. 


Tybet 2010 - dzikie psy

Na poczatek przesylam zalegle zdjecie z Potala Palace, ktore podczas mojej krotkiej choroby musialo poczekac na wykonanie kilka  kolejnych

W koncu udalo mi sie wyjechac z Lhasy. Nie powiem, miasto to nie przekonalo mnie do siebie. Obawiajac sie kolejnych rozczarowan, z dusza na ramieniu ale juz w pelni zdrowy, ruszylem do Namtso Lake. Coz to za inny klimat! Z dala od zgielku miasta, pedzacych pojazdow, swidrujacych uszy klaksonow. Tylko cisza. Cisza smagana jedynie wiatrem, szybkimi burzami i… ujadaniem psow.<br><br> Tak, psow w Tybecie jest naprawde duzo. Z ta uwaga, ze w porownaniu do naszych pupili, sa to psy dzikie, zniszczone chorobami. Za dnia snuja sie jak otepiale lub chowaja w cieniu przed sloncem. Wydaja sie ledwo dychac. Kiedy tylko jednak pojawi sie odpowiednia pora, ruszaja na lowy. Dzienna obojetnosc mija, noca przeradzaja sie w dzikie bestie, ktorym schodza z drogi nawet najbardziej twardzi. Kiedy czlowiek juz spi, walcza miedzy soba o trudno zdobyte pozywienie. Nie sa to zadne rarytasy - najczesciej szukaja po smietnikach, toaletach, czasem wyciagna cos z samochodu nieuwaznego kierowcy lub czekaja na ochlapy z zaplecza kuchni. Zamkniety noca w jednym z wielu kontenerow sypialnianych nad jeziorem Namtso Lake, cieszylem sie ta bezpieczna kryjowka. Tylko raz wystraszylem sie na dobre, kiedy kucajac nad jedna z dziur przeznaczonych na potrzeby toaletowe, zdazylem zobaczyc na stosie wszelkiego rodzaju odchodow i smieci lezacego psa, szukajacego pozywienia, skamlacego na widok mojego bialego tylka. Szybko opuscilem to miejsce, nie konczac co zaczac chcialem bowiem tak odrazajacego widoku dawno nie widzialem.

Jednak grozniejsze od warkniecia czy ugryzienia sa choroby, ktore te dzikie zwierzeta moga przenosic. Nigdy nie widzialem chodzacych zombi, a tym bardziej w psim wydaniu. Tuz obok naszego samochodu przechodzil pies. Ledwo wloczyl nogami, kazdy psi krok jakby sprawial mu bol. Z jego bokow wisialy kawalki skory spod ktorej wyzieraly otwarte rany, wciaz na nowo ropiejace i gnijace. Resztki siersci pokryte byly poprzyczepianymi pasozytami. Od ogona po szyje pies ten i wiele innych to marny widok, ktorego lepiej unikac jak ognia.

Dach Swiata i problemy z oddychaniem

Jak przystoi na Dach Swiata, w Tybecie jest wysoko. Wzglednie, poniewaz na ludziach tutaj zyjacych, wysokosc 3600 metrow nad poziomem morza nie robi zadnego wrazenia. Dla nich to stan zerowy, jak dla nas wysokosc na plazy w Lukecinie. Podobno  Tybetanczycy posiadaja specjalny gen, ktory umozliwia im normalne funkcjonowanie na wysokosciach, ktore dla ludzi z nizin sa nie do wytrzymania. Przynajmniej na jakis czas, poniewaz zdolnosc aklimatyzacyjna dziala przystosowujaca takze na nas. Zawartosc tlenu na 4500m drastycznie spada, co czuc nie tylko przy wysilku ale takze przy czasowym lapaniu powietrza glebszym oddechem. Zdecydowanie brakuje tutaj tlenu. Lapie sie na tym, ze po przejsciu 10 stopni schodow z ledwoscia lapie oddech a serce bije jak oszalale. Wazna jest aklimatyzacja, ktora przecwiczylem w Peru a ktora tym razem nie byla tak bolesna. W ciagu jednego dnia nie powinno sie zmieniac wysokosci wiecej niz o 1200 metrow. Biorac pod uwage, ze Lhasa lezy na ponad 3600 metrow, poruszajac sie szlakami turystycznymi jestesmy w stanie to utrzymac. Gorzej, gdy w ciagu jednego dnia drastycznie naruszymy granice wysokosci. Pojawiaja sie nudnosci, bole brzucha, glowy oraz wymioty. Nic przyjemnego.

Jezioro, ktore przyprawia o brak tlenu i zachwyt w glowie

Nie bede opisywac zachwytow nad widokami, ktore tutaj mozna zastac. Nawet minialna wrazliwosc na piekno przyrody wprowadzi w zachwyt kazdego. Jednym z takich miejsc jest Namtso Lake, ktore polozone jest najwyzej na swiecie sposrod wszystkich jezior. Polozone na wysokosci 4716m n.p.m w jezyku Tybetanskim oznacza tyle co niebianskie jezioro. Namtso jest jeziorem slonym i jest jendym z trzech najwiekszych swietych jezior w Tybecie. Tyle przeczytalem z biletu, ktory za 120 RMB dostarczyl mi mily jegomosc z budki strazniczej. Klimat na tej wysokosci jest surowy i takie same sa warunki noclegowe. Tuz nad jeziorem znajduje sie wielki plac ziemi, otoczony kontenerami, ktore sluza za sklepy, noclegownie, kuchnie i restauracje. A wszystko to tylko po to, zeby zadowolic kolejnych turystow. W poblizu brzegow jeziora znajduje sie wiele jaskin, ktore mieszkajacym tam Tybetanczykom sluza za swiatynie i schronienie. Naturalne klasztory maja swoj niepowtarzalny klimat wewnatrz, rownie surowy jak spalone sloncem policzki mieszkancow, zaczerwienione i poszarpane od wiatru.

Znalezc swoj Tybet

Obawialem sie w trakcie tej podrozy, ze utkne gdzies w “cepeliach” kultury. Nic z tego. Wystarczylo tylko ruszyc sie z Lhasy by odkryc Tybet taki, jaki wielu przyjezdzajacych tutaj turystow nigdy nie znajdzie. No bo i po co jechac taki kawal drogi bezdrozami, przez rzeki, kamienie, bloto, urwiska, laki i pola. Bez prysznica, biezacej wody, toalety i cieplego lozka. Fakt, poza Lhasa tego nie ma. Tak samo jak trudno spotkac dziennie chocby jednego turyste. Wiekszosc przyjezdzajacych do Tybetu albo maja czas oraniczony kosztami albo chca tylko zaliczyc Potala Palace. Jedni i drudzy tracac bardzo wiele probuja zyskac angazujac sie w krotkotwale zapalony ogien pomocy dla Tybetanczykow. Tylko jak pomagac nie rozumiejac nic a nic z tego co sie widzialo podczas tych 2-3 dni w Tybecie? Nurtowalo mnie to od samego poczatku - czy ja takze przejde swojego rodzaju katharsis po wizycie tutaj? Czy jest to tylko kwestia mody, w ktora warto sie przystroic przy okazji kolejnych opowiesci o podrozy do Tybetu? Odpowiedzi na te pytania oraz zapewne kolejne pojawia sie na pewno wkrotce.

Klasztorow w Tybecie nie pozostalo za wiele. Wiekszosc zostala zniszczona. Te ktore zostaly sa na oficjalnej mapie turystycznej i mozna je odwiedzac. Oczywiscie za oplata. A ta rozni sie w zaleznosci od wielkosci klasztoru (maly klasztor - licha zaplata) i odleglosci od Lhasy. Rzecz jasna w Lhasa sa najdrozsze bilety. Dlatego bardzo sie ucieszylem na male klasztory - bo i oplata niska i klimat daleki od miastowego - takim np. klasztorem byl Reting Monastery. Ponad 900 lathistorii i zaledwie kilku mnichow. Podobnie bylo z innymi klasztorami. W kazdym z nich mieszkalo kiedys po kilka, kilkadziesiat tysiecy mnichow. Dzisiaj pozostalo w nich zaledwie garstka. Jednak to co najbardziej uderza w tych miejscach to  klimat miejsca. Najczesciej sa to budowle na wysokich zboczach gor, z malowniczym widokiem na doliny. Takie sa np. Ganden Monastery i Drigun Thel Monastery. Niestety wiele z klasztorow zostalo zniszczonych, ja np. assembly hall w Reting Monastery (zdjecie ponizej).

Tybet to nie tylko wspaniale dziela sztuki czy okazale klasztory. Na calym swiecie o kraju najwiecej mowia ich mieszkancy. To przez ich pryzmat oceniamy czy dany kraj nam sie podoba czy nie. Zdziwily mnie dwie sprawy. Pierwsza to mnisi. Sa tak surowi jak klimat w jakim zyja. Daleko im (a moze odwrotnie) do birmanskich mnichow. Uderzaja w oczy pieniadze brane za bilety zamiast dobrowolne datki. Uderzaja banknoty liczone przez mnichow, ktore byly wetkniete w tysiace posazkow Buddy przez kolejnych turystow. W koncu uderza brak serdecznosci i otwarosci, tak dobrze mi znany z Birmy. Druga sprawa to zwykli mieszkancy kraju. Przez ostatnie kilka dni zderzylem sie z ludzmi z miasta i ze wsi. Zarowno jedna jak i druga grupa nie byla w jakis specjalny sposob przygaszona (tutaj kolejne porownanie z Birmanczykami, ktorzy w oczach mieli strach i smutek). Wytlumaczyl mi to jeden Tybetanczyk, ktory stwierdzil, ze majac rozum i serce ciesza sie zyciem a wszelkie inne sprawy rozwiaza sie w przyszlosci. Rzeczywiscie, radosc na ustach Tybetanczykow moze byc mylaca.

O jeleniu i smierci, ktore spotkalem po drodze

Dawno nie bylem tak zaskoczony jak wizyta w Reting Monastery. Otoz wyobrazcie sobie, ze w klasztorze, uwiazany gruba lina do szyji a drugim jej koncem do slupa elektrycznego, lezal sobie jelen. Prawdziwy, z porozem rozrosnietym na metr w kazda strone, wielki jak kon. Zamurowalo mnie, bo nigdy nie stalem ot tak sobie od zywego jelenia, nie w zoo, na 5 metrow. Ten zas lezal sobie spokojnie niczym domowy pies i czekal na mnicha, ktory wkrotce mial go wypuscic na lake.

W Tybecie smierc jest blisko czlowieka. Zdawaloby sie, ze nie jest to temat tabu jak w Polsce. Po drodze do klasztoru zdarzyl sie wypadek. Wyrabana na zboczu gory droga, nie wytrzymala pod ciezarem ladunku przyczepy i zarwala sie. Zdarzylo sie to kilka godzin przed naszym przejazdem. Pomimo tego, na miejscu nie bylo wciaz zadnych ekip ratownicznych a cialo kierowcy nadal tkwilo zamkniete w kabinie. Przyjerzelismy sie sprawie. Okazalo sie, ze mur podtrzymujacy droge runal. Wraz z nim czesc pobocza i asfaltu, na ktorym widac bylo slady opon, nienaturalnie przeciagnietych do urwiska zamiast na wprost jezdni. Przyczepa runela ciagnac za soba kabine a w niej uwiezionego kierowce. Ciezarowka lezala 30 metrow ponizej, zalewana woda rzeki jak kolejne glazy. U gory urwiska stali jedynie gapie. Glosno komentowali, analizowali slady, rzucali kamieniami do rzeki jakby chcieli sprawdzic czy to naprawde tak wysoko. Nie bylo policji, nikt nie sprawdzil czy ta waska droga nadal nadaje sie do jazdy, nikt nie ogrodzil miejsca wypadku. Zostalismy tam po 10 minutach tylko my - kierowca, przewodnik i ja. A takze kilkanascie kamieni ustwionych na drodze przez przezornego gapia, ktore wyznaczyly nowe pobocze jezdni. <br><br>Tego dnia czekalo mnie jeszcze jedno doswiadczenie. W jednym z klasztorow zobaczylem cztery drewniane skrzynie, mniej wiecej metrowej dlugosci kazda. Przy kazdej z nich ustawione byly kadzidelka. Tziri, moj przewodnik, powiedzial, ze w tych skrzyniach sa zwloki czterech zmarlych. A na potwierdzenie swych slow pokazal mi kilka metrow dalej przykryte cialo, wystajace niedbale spoza duzej, czarnej kotary, oddzielajcej miejsce na zwloki od dziedzinca. Bylem w szoku. Najpierw kierowca ciezarowki, teraz cztery ciala tuz kolo mnie. Zaczalem drazyc temat. Jak to mozliwe, ze w skrzyniach sa ciala skoro sa one dwa razy krotsze niz cialo przecietnego czlowieka? Odpowiedz byla masakryczna. Cialo zmarlego czlowieka nie jest chowane w ziemi. Cwiartuje sie je i wklada nastepnie do skrzyn. Ladunek ten wynoszony jest na wzgorza (tak bylo w tym klasztorze). Tam otwiera sie skrzynie i wyrzuca czesci ciala, ktore staja sie pozywieniem dla sepow. Ponownie pewien Tybetanczyk probowal mi wytlumaczyc ten proces, wynikajacy z kultury i religii. Jezeli dobrze zrozumialem (nie mam mozliwosci sprawdzenia teraz), cialo czlowieka nie jest chowane w ziemi, zeby jej nie skazic nie tyle bakteriologicznie co duchowo. I tak zmarli sa wrzucani do wody na pozarcie rybom lub wyrzucani na wzgorzach jako pozywienie dla ptakow. Te zjadajac szczatki ludzkie przejmuja wszystkie jego negatywne emocje, nie szkodzac energii ziemi. Mniej wiecej tak to wyglada, postaram sie wiecej o tym napisac po powrocie jak tylko znajde odpowiednie informacje.

Dalsza czesc podrozy

Na koniec przesylam kilka zdjec z roznych zakatkow tego ciekawego kraju. Mam nadzieje, ze to wywabi Was ze smutnych klimatow powyzej. Obecnie jestem w Lhasa, gdzie spedze tylko jedna noc. Jutro, tj. 22.09.2010 wyruszam w kierunku zachodnim, by po pieciu dniach dotrzec do granicy z Nepalem. Nie wiem jaka bedzie mozliwosc “nadawania” z tych miejsc, wiec w razie czego kolejny wpis bedzie juz z Katmandu (najpozniej 28.09.2010). Caly czas staram sie opanowac sprzet jaki dostalem z Canona. Czuje sie jak trener Dream Team z ‘92 roku, ktorego jedynym zmartwieniem bylo to, zeby zadna z jego gwiazd nie siedziala za dlugo na lawce. Tak jest tez z obiektywami - szesc wysokiej jakosci szkiel wprawadza niezly zamet. Po chwilowym roztargnieniu wydaje sie, ze wrocilem na wlasciwe tory i teraz zdjecia to nie presja a znowu fajna zabawa, wzbogacona o filmy, ktorych nagralem z pewnym planem kilkadziesiat. Pozdrawiam serdecznie!


Tybet 2010 - kilka słów o Tybecie

O Tybecie slow kilka

Po 3 dniach pobytu w Lhasa, wciaz probuje ogarnac chaos w ktorym sie znalazlem. Nie sposob ogarnac “tego wszystkiego” w 3 dni, w miesiac czy nawet przez cale zycie. Rzeczy, ktore mialem okazje obejrzec przez ostatnie 2 dni w klasztorach, przerosly moje doswiadczenia z birmanskimi odpowiednikami. Na szczescie kolejne dni, z cala pokora i swiadomoscia, przynosza nowe informacje, rzucajace zupelnie inne swiatlo na ten kraj i mieszkancow.

Geograficznie Tybet znajduje sie w Azji Srodkowej. Ze wszystkich stron otoczony jest gorami. Od poludnia otaczaj go najwyzsze gory swiata - Himalaje. Od polnocy - lodowate gory Kunlun. Od zachodu - Karakorum, w ktorego pasmach znajduje sie Kaszmir. Od wschodu ograniczaja Tybet masywne grzbiety gorskie, ktorego dolinami splywaja m.in. rzeka Mekong i Saluin. W srodku jest Wyzyna Tybetanska, ze srednia wysokoscia nad poziomem morza wynoszaca ponad 4500m. Lhasa polozona jest na wysokosci 3 648m i znajduje sie w poludniowej czesci kraju. W takim trudnym kliamacie przyszlo mieszkac Tybetanczykom, ktory na dobre uksztaltowal te kulture i spoleczenstwo.

Glownym zrodlem pozywienia Tybetanczykow sa liczne jaki. To dlogowlose zwierze, skrzyzowane z bydlem domowym, daje mieszkancom mleko, z ktorego nastepnie wyrabia sie maslo. Jest ono bardzo tluste i uzywane jest do produkcji lampek w swiatyniach. Podstawowym jedzeniem sa: prazona maka jeczmienna, maslo, ser i mieso jaka oraz owcy. W poprzednim dzienniku zamiescilem zdjecie przygotowanego w rzezni miesa, rowniez suszonego, ktore zawieszone jest w postaci paskow pod sufitem.

Tybet z nazwy rozumiany jest przez Chinczykow i Tybetanczykow odmiennie. Chinczycy wymawiajac nazwe “Tybet”, maja na mysli Tybetanski Region Autonomiczny (TRA). Tybetanczycy natomiast, za Tybet uwazaja obszar ponad dwuktornie wiekszy, ktorego granice istnialy jeszcze przed liberalizacja ze strony Chin w roku 1959. TRA zostal utworzony przez Chiny w 1965r, glownie z powodow administracyjnych. Historia stosunkow tybetansko - chinskich siega ponad 2000 lat. Znany wiekszosci ludziom na swiecie burzliwy okres rozpoczety na dobre w latch 50tch ubieglego wieku zostal opisany i omowiony wielokrotnie. Bedac nadal gosciem w Chinach, napisze jedynie kilka slow o latach jeszcze wczesniejszych.

Wydawaloby sie, ze w Tybecie Buddyzm byl od zawsze. Nie jest to jenak prawda. Pierwsza religia byl bon, utworzony przez Szenrba Milo w zachodnim Tybecie (wyparta zostala przez buddyzm, jednak podobno istnieje nadal i jest praktykowana przez uchodzcow tybetanskich w Indiach i Nepalu). Tybetanczycy byli ludem gwaltownym, porywczym i skloconym a spolecznosc miala strukture feudalna. Rzadzili wtedy wodzowie i krolowie, ktorzy walczyli o wplywy i nowe tereny. Buddyzm zaczal rozwijac sie w Tybecie dopiero w VII wieku. Wprowadzil on klasztory, ktore byly utrzymuwane przez wladcow a ktore byly osrodkami sztuki i nauki. W tamtym okresie prawie kazda rodzina wysylala do klasztoru syna lub corke, co bylo zupelnie nowym zjawiskiem w systemie spolecznym. Umozliwilo to najubozszym osiagniecie wysokiej pozycji wylacznie dzieki wlasnym zaslugom. 

W 1642 roku wladze w kraju objeli dalajlamowie, rozpoczynajac nowa ere w harmonijnym polaczeniu religii i polityki. Buddyzm dla Tybetanczykow nie jest tylko religia. Buddyzm zmienil calkowicie sklocone spoleczenstwo oraz kulture. Religia przenikala i nadal przenika kazdy element zycia codziennego, budujac tym samym nowa tozsamosc narodowa. Codziennie tysiace ludzi wypowiada setki tysiecy razy mantre. Mantra jest to specyficzny ciag sylab, ktore recytowane w prawidlowy sposob wywoluja ukryte w nich energie. Nie jestem specjalista w tej dziedzinie, jednak jezeli dobrze zrozumialem moje przewodnika, to wlasnie to mniej wiecej tak jest. Najpopularniejsza mantra w Tybecie jest Om-Mani-Padme-Hum. Wypisana jest na glazach, budynkach, strojach, amuletach. Jednak najczesciej mozna ja uslyszec z szepczacych ust modlacego sie.

Sylaba “Om” jest starozytna indyjska inwokacja do Najwyzszej Rzeczywistosci. “Mani” oznacza klejnot. Padme oznacza “w lotosie”. Natomiast “Hum” jest wezwaniem mocy. Wypowiadajacy te slowa przywoluje Najwysza Sile, ktora bedac podstawa egzystencji na nowo wzbudza stan pierwotny, przeganiajac wszelkie nieczystosci i zlo. Lotos ma tutaj wielkie znaczenie, poniewaz kwiat ten wydostajac sie z dna brudnej wody, rozkwita na jej powierzchni. Tak to mniej wiecej wyglada (korzystalem z opowiesci przewodnika i serwisu www.tybet.pl). Temat jest tak obszerny, ze pozostaje tylko z pokora czekac cierpliwie i uwaznie patrzec, starajac sie zrozumiec te bogata kulture i religie.

Ulice Lhasy

W dzisiejszej rozmowie z Pania Marzena Szostak z Polskiego Radia Szczecin padlo pytanie - czy duzo jest w Lhasie turystow i jakie sa moje pierwsze wrazenia z Lhasy. Chcialbym doprecyzowac odpowiedz. Otoz po pierwszym rozczarowaniu, Lhasa w miare jak zaczynam poznawac to miejsce i kulture tybetanska, wrazenia sa coraz bardziej pozytywne. Nie mniej jednak mam swiadomosc tego, ze Tybetanczykow w Tybecie jest mniej niz Chinczykow. Wrazenie jest takie, ze przyjezdzajac do Tybetu “ogladamy” Tybetanczykow jak kolejna atrakcje turystyczna. To jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Turystow jest duzo, ale glownie z Chin. Ludzi z pozostalych krajow takze mozna spotkac (dzisiaj widzialem buddyjska wycieczke z Rosji, ktora klaniala sie z namaszczeniem przed kazdym posagiem Buddy) ale glownie w turystycznie ciekawych miejscach: Drepung Monastery, Sera Monastery, Jokhang Temple i oczywiscie Potala Palace. Podobno poza Lhsasa, co wymaga juz innych pozwolen, turystow jest mniej. Jednak czas pokaze. Osobiscie licze na klimaty mniej miastowe. Ponizej zamieszczam kilka ujec z porannej przechadzki ulicami starej Lhasy.

Potala Palace

Pomimo tego, ze podczas tego rodzaju podrozy unikam jak ognia miejsc turystycznych, nie sposob nie zajrzec bedac w Tybecie do Potala Palace. To chyba najbardziej charakterystyczna budowla w tym kraju, rozpoznawalna prawdopodobnie na calym swiecie. Zbudowana zostala w 7 wieku, rozbudowana w 17 wieku do obecnego rozmiaru przez 5tego Dalaj Lame. Mniej wiecej w tym samym czasie palac ten zostal oficjalna, zimowa siedziba Dalaj Lamy. Niestety w srodku budynku nie mozna robic zdjec a wierzcie mi nie tylko na slowo (dlaczego, zaraz napisze) - jest co podziwiac. Widzialem dzisiaj trony Dalaj Lamow, komnaty gdzie przyjmowano gosci, setki posagow Buddy, tysiace skryptow i malowidel oraz krypty poprzednich Dalaj Lamow. Wydawaloby sie, ze kazdy centymetr kwadratowy jest w jakims stopniu zagospodarowany przez artystyczne lub religijne artefakty. Palac znajduje sie na wzgorzu i zeby dostac sie do niego turysci potrzebuja zamowiec wczesniej na okreslona godzine bilet (bezplatnie, potrzebny paszport i pozwolenia). Kolejnego dnia, 30 minut przed godzina z rezerwacji, nalezy stawic sie przy bramie, gdzie odpowiednie sluzby przeskanuja nasze plecaki. Wejscie kosztuje 100 juanow (2 juany dla Tybetanczykow). Pomimo zakazu, udalo mi sie zrobic kilka ujec w srodku, co przy odrobinie wyobrazni potwierdzi moj zachwyt tym miejscem.

Dalszy ciag podrozy

Jeszcze 2 dni zabawie w Lhasa - jutro wyjezdzam w pobliskie klasztory a pojutrze do Namtso Lake - wiec nie moge sie doczekac kiedy zobacze mniej uczeszczana przez turystow trase w kierunku zachodnim. 27.09 powinienem byc juz na granicy z Nepalem i prawdopodobnie tego samego dnia przyjade do Katmandu, w ktorym zostane do 02.10. Nastepnie samolotem do Deli i dalej autobusem do Daramshala. Powrot zaplanowany jest na 09.10. Jednak do tej daty zostalo jeszcze duzo czasu i jeszcze wiecej do zrobienia. Fotograficznie Tybet nie jest latwy, przynajmniej w Lhasa. Duzym ograniczeniem jest obecny tutaj system, ktory uniemozliwia poruszanie sie po miescie w dowolne miejsca. Dzisiaj zostalem przegoniony przez policjanta z fabryki papieru do skryptow. Na ulicach jest duzo wojska, z karabinami przy boku. Maja swoje posterunki co kilkadziesiat metrow. Do tego ilosc turystow nie ulatwia sprawy. To wszystko powoduje, ze codziennie po kilka godzin dzwigam sprzet zupelnie bezuzytecznie, nie majac mozliwosci jego uzycia. Jednak z praktyki wiem, ze takie sa poczatki podrozy (szczegolnie w duzych miastach), wiec jestem dobrej mysli.

PS. Dzisiaj mialem okazje zobaczyc klasztory poza Lhasa. Zupelnie inny klimat, brak wejsciowek, podobnie jak w Birmie. Niestety moj organizm odmowil posluszenstwa i musialem wracac do hostelu. Najprawdopodobniej to zatrucie wczorajszym obiadem, co nie jest mile. Jutro mamy wyjechac poza Lhase, mam nadzieje, ze przejdzie mi do tego czasu b nadal kreci mi sie jeszcze w glowie i mam temperature.


Tybet 2010 - Lhasa

hasa - ciag dalszy
Jadac w okreslone miejsce mamy co do niego pewne oczekiwania, wyobrazenia wykreowane na podstawie mediow, filmow i ksiazek.

Jadac do Lhasy mialem wizje “swojego Tybetu”, ktory zderzyl sie z rzeczywistoscia. Mozna zapomniec o Tybecie a tym bardziej o Lhasie, ktora znana jest np. z filmu “7 lat w Tybecie”. Niby jest to oczywiste, a jednak pewien dyskomfort pozostaje.


Taki np. Potala Palace, zimowa stolica Dalaj Lamy. Znajduje sie 10 minut drogi od mojego hostelu a podswietlane wieczorem mury (nie wiem dlaczego w nocy swiatla gasna), robia duze wrazenie. Jednak sam palac znajduje sie przy ruchliwej ulicy, malo atrakcyjnej. Chinczycy dobudowali na przeciwko plac z pomnikiem i gwiazda na czele (wczesniej byly tam tybetanskie domy, ktore zrownao z ziemia). Podobnie jest z samym miastem. Mieszkam obecnie w starej tybetanskiej dzielnicy. Jezeli uwaznie sie przyjrzec, znajdziemy tutaj mury i cale budynki, ktore pamietaja swietnosc Lhasy. Jednak jest to znikomy procent obecnej, szpecacej zabudowy miasta. Nawet malowniczy wjazd pociagiem do Lhasy uwaznemu obserwatorowi zepsuja maszty przekaznikowe i budowana na zachod autostrada (tak na marginesie - to ostatni rok, kiedy bedzie mozna przejechac do granicy z Nepalem stara trasa.

W 2011 roku Chiny planuja zakonczyc budowe autostrady. Autostrade widzialem juz przy samej Lhasie, dzieli ja jedynie od miasta brak ostatniego wiaduktu). No dobrze, ktos powie, rozwoj dotarl takze do Tybetu, dzieki czemu ludzie maja na stale prad, polaczenia lotnicze i drogowe, zasieg telefonii komorkowej. W porzadku, zgadzam sie. Jednak “moja Lhasa” juz nie wroci.


W miescie bez problemow mozna poruszac sie samemu. Nikt do tej pory nie zadal ode mnie pozwolen. Jednak po dzisiejszej rozmowie z pewnym Tybetanczykiem wiem, ze formalnosci w zalatwianiu pozwolen dla tyrystow sa zawile. System, jak mowia Tybetanczycy, to kolejna rzecz o ktorej nie sposob zapomniec. Sadzilem do tej pory, ze pozwolenia sa dwojakiego rodzaju - wjazd do Lhasy oraz podrozowanie po terenie TAR (Tibetan Autonomy Region). Nie jest tak jednak do konca, poniewaz podobnie jak w Birmie, w Tybecie sa wydzielone regiony gdzie turysci moga podrozowac. Nie mozna legalnie ot tak pojechac sobie na polnoc kraju poniewaz pozwolenie to jest na konretne miasta na trasie wycieczki. 


W ten oto sposob zalanowana mam trase do granicy z Nepalem, w ktorym powinienem sie znalezc w okolicach 27-28.09.2010. To jednak dalszy etap tej podrozy o ktorym na razie nie mysle.


Klasztory - Drepung Monastery i Sera Monastery

Drepung Monastery, zwany takze Tashi-Megyur-Chakju-Ling, jest jednym z sze渃iu najwi阫szych klasztor體 grupy Gelupa Sect. Zostal zbudowany w 1416 roku przez Jamyang-Choje-Tashi-Phlden, ktorego wizerunki mozna obejrzec w klasztorze. W czasach 渨 ietno渃i Lhasy, mieszka硂 w nim ponad 10 tysi阠y mnich體 (obecnie mieszka oko硂 500) co uczynilo to miejsce najwiekszym klasztorem w Tybecie (ogolnie). Na terenie klasztoru znajduj?si?trzy szko硑, w kt髍ych mnisi pobieraj?nauki z zakresu filozofii i praktyki buddyjskie Tantric. Glowne tresci z ktorych ucza sie mnisi zostaly napisane przez Tsong Khapa.

Sera Monastery zostala zalozona przez Jamchen Choje Shakya Yesh w 1419 roku. Posiada trzy szkoly i trzydziesci trzy mieszkania dla mnichow. Jest drugim po Drepung najwiekszym klasztorem w Tybecie.

Tye suchych faktow. Po wizycie w obu klasztorach czuje sie jakbym poruszal sie po omacku. Wystarczy jedno pomieszczenie ktoregos z klasztorow, zeby zostac przytloczonym iloscia detali, skryptow, tekstow buddyjskich, malowidel na scianach, drewnie, sufitach czy setkami wizerunkow Buddy. Wnetrza tych miejsc robia niesamowite wrazenie ale takze budza respekt i szacunek dla kultury tybetanskiej. Jednak najwieksze wrazenie zrobily na mnie tysiace starych skryptow. Leza zamkniete w ozdobnych pudelkach, poukladane jedno na drugim, od podlgi do sufitu. Juz samo “opakowanie” tych skrytow zanosi sie na dzielo sztuki a kazda ich zawartosc teksty tybetanskie sprzed setek a nawet tysiaca lat. Niestety w wiekszosci pomieszczen fotografowanie jest zabronione lub dodatkowo platne. To co udalo mi sie dzisiaj zrobic w obu klasztorach, zamieszczam ponizej.


Ciekawy wynalazek do podgrzewania wody odbitymi i skupionymi na garnku (na zdjeciu jest rusztowanie na garnek) promieniami slonczenymi. Sprawdzilem, woda jest wrzaca.


PS. Wlasnie wrocilem z Potala Palace. Miejsce to wewnatrz robi niesamowite wrazenie, podobnie jak fasady z zewnatrz. Niestety obowiazuje zakaz fotografowania. Pomimo tego kilka ujec udalo mi sie zrobic z ukrycia. Jutro wyjezdzam z Lhasy do kolejnych klasztorow.

Wieczorem umowiony jestem z przewodnikiem na zdjecia Potala Palace z zewnatrz.

PS2. Dzisiaj ok 20:00 umowiony jestem na rozmowe z Polskim Radiem Szczecin. Pani Marzena Szostak z PRS zadzwoni do hostelu Banakshol (w ktorym becnie mieszkam). Podczas rozmowy przekaze relacje i wrazenia z dotychczasowego przebiegu podrozy, ktore bedzie mozna odsluchac prawdopodobnie w najblizsza sobote w ramach programu Archipelag.


Tybet 2010 - Lhasa po 3,5 dniach

Po 3,5 dniach podrozy, ponad 13 000km, dotarlem szczesliwie do Lasy. Musialem ogarnac tutaj wiele tematow, glowne zwiazanych z dalsza podroza w kierunku Nepalu. Na szczescie porozumielismy sie z Davidem w sprawie kosztow i w ten oto sposob moge spokojnie cieszyc sie Lasa. Ale po kolei…

Pekin

- “Jezeli bedziesz potrzebowac pomocy, zadzwon pod ten numer. Moj maz zna chinski i gdybys potrzebowal cos wytlumaczyc chetnie pomoze”. W ten sposob pozegnala mnie poznana w samolocie z Moskwy do Pekinu dziewczyna z Etiopii. Pracuje na stale w Madrycie i czesto lata w delegacje do Pekinu. Jej maz natomiast odwrotnie - pracuje na stale w Pekinie a czesto lata sluzbowo do Madrytu. Czasem uda im sie spotkac raz w Hiszpanii, nastepnym razem w Chinach. Czesciej sie jednak mijaja. Tym razem wypadlo wspolne spotkanie w Chinach a ja,wdzieczny za ewentualne wsparcie, poszedlem w swoja strone.

W ten sposob utknalem na lotnisku w Pekinie. Oczywiscie, byla mozliwosc wziecia taksowki, jednak kiedy ma sie 300 USD na caly miesiac wyprawy, wtedy liczy sie kazdy grosz (juan?). Grzecznie podziekowalem taksowkarzowi, choc oferta z 380 juanow spadla koncowo do 120. Po 5h oczekiwania i walki ze snem, udalo sie pojechac zwyklym autobusem (kursy ruszaja od 7 rano) do centrum (kierunek Xindi) za 16 juanow. Z racji tego, ze w Pekinie mialem zatrzymac sie jedynie niecala dobe, wyruszylem w kierunku placu Tian’ an men. Niestety, zmeczenie, 30kg na plecach i palace slonce spowodowaly, ze nie zabawilem tam dlugo. 


Metrem ze stacji Tian’ an men wyruszylem do stacji Military Museum (na szczescie w metrze sa takze napisy w jezyku angielskim). Bilet to kolejne 2 juany. Kolejny etap to autobus (przystanek znajduje sie tuz przy wyjsciu z metra) linii 21 (1 juan, 4 przystanki) i w ten sposob znalazlem sie na West Railway Station. Skrajnie zmeczony upalem, przytlaczajacym miastem, liczba mieszkancow przeciskajacych sie wszedzie w pierwszej kolejnosci, brakiem snu od 30h - doslownie odplynalem siedzac na chodniku. Szczescie tym razem mi takze dopisalo, bo bagaze nadal byly pod moja glowa. Chcac nie chcac mialem jeszcze 7h do spotkania z Ms. Helen, ktora miala mi przekazac bilety. Czas ten wspominam nieciekawie i gdyby nie towarzystwo Security Beijing, nie wiedzialbym ja wypelnic te luke kiedy glowa spada w dol przy chwili nieuwagi. 


Ochroniarz z hotelu.Jedyna rzecz, ktora zrozumialem to ta, ze zarabia miesiecznie 1 000 juanow. Angielski w Chinach jest praktycznie dla mnie nie przydatny.

Pekin jest przytlaczajacy. Swoim rozmachem udowadnia, ze Chiny nie maja zadnego respektui rozbudowuja sie na potego. Pierwszy raz mialem okazje zobaczyc 6 pasmowe ulice w centrum, dwudziesto pietrowe blokowiska i stacje kolejowa, ktora rozmachem przebija dwukrotnie Palac Kultury. Nigdy nie widzialem takiej ilosci betonu, a w nich male mieszkanka, w fatalnym stanie, co doskonale widac z ulicy. Do tego dochodzi upal i smrod, odglosy klaksonow w korkach i zaciagajacych z nosa by nastepnie soczyscie splunac na chodnik przechodniow. Welcome to Beijing, chcialoby sie powiedziec i od razu stad znikac.

Tak tez niezwlocznie zrobilem kiedy tylko dostalem bilet na pociag i pozwolenia do TAR. W oczekiwaniu na Ms. Helen (umowilismy sie w jednym z pobliskich hoteli kolo West Railway Station), zrobilem zdjecie jeden z pracownic hotelu, ktora w zamian odwiedczyla sie zielona herbata i arbuzem. 


Jazda pociagiem na trasie Pekin - Lasa

Pociag z Pekinu do Lasy odjezdza z West Railway Station. Zeby wejsc na teren stacji, nalezy posiac wazny bilet kolejowy. Jest to mniej lub bardziej skrupulatnie sprawdzane. Kolejna bramka to wejscie do odpowiedniego terminalu (pociag nr T27, terminal 4). Tam bilety sprawdzali juz dokladnie, jednak o pozwolenia do TAR nikt nie pytal. Po 45 minutah czekania kolejka ludzi ruszyla na peron i zaczela zajmowac miejsca. A jest w czym wybierac. Od najtanszej - hard seat (60USD) - po hard sleep i najlepsza - soft sleep. Pociag ma takze wagon restauracyjny. Na szczescie na bilecie jest numer siedzenia, wiec nie ma problemu, ze ktos zajmie miejsce. W wagonach pod siedzeniem znajduja sie maski tlenowe na wypadek gyby niska zawartosc tlenu w powietrzu wymagala pomocy technicznej. W kazdym z wagonow znajduje sie konduktor oraz maszyna z goraca woda, dwie toalety i umywalki (mowa o wagonach hard seat). Wagony z hard sleep to taka nasza kuszetka, soft sleep to sypialny. Pociag odjezdza punktualnie o 21:30.


W pociagu praktycznie przespalem cala dobe. Doznalem kolejnego przykladu chinskiego rozmachu. Od Pekinu az do Geermu (dokladnie nie wiem, ale to z 1500-2000km) wzdluz torow budowa trwa na dobre. Wszedzie koparki, dzwigi, powbijane w dna rzek podstawy pod nowe mosty. Nawet wioski nie ukryja sie przed rozkazem rozwoju - 2 pasmowe autorstrady bez zadnych skrupolow przecinaly male miejscowosci. Cala ta fala budowy rozpoczynajaca sie od Pekinu, rozlewa sie na caly kraj. A przeciez Chiny to olbrzymie Panstwo! Na szczescie nie wszedzie ta modernizacja dotarla. Kolejnego dnia spojrzalem w okno i nagle calyten plac budowy, cly ten majdan zniknely. Pozostaly tylko tory i bezkresna przestrzen zielono - zoltej ziemi. To Wyzyna Tybetanska, polozona na wysokosci ponad 5000m n.p.m. 


Tuz przed Lasa pociag zatrzymuje sie i glos w megafonach inormuje, ze zaraz pociag wjedzie do miasta. Jednak zanim to nastapi, musi pokonac 6 tuneli. Naprawde niesamowity jest wjazd do Lasy - pociag najpierw “wjezdza w gore” i juz po drugiej stronie caly czas jedzie gleboka dolina. Nie latwo bylo zbudowac ten ostatni odcinek drogi, nie latwo Lasa poddala sie masowej turystyce (trase kolejowa oddano dopiero w 2006 roku). Tyle na dzisiaj. Zalezalo mi zeby wpisac te zalegle informacje i od jutra na biezaco bede dzielic sie z Wami wrazeniami z miasta i klasztorow.


4 osobowe dormitorium. 25 juanow (3,78 USD) za dobe/os. Tak wyglada moj pokoj.

PS. Zrobilem dzisiaj pierwsze ujecia w klasztorze. Powoli sie rozkrecam, wymga to jednak cierpliwosci w poznawaniu nowego sprzetu. Nagralem dzisiaj kilka krotkich filmikow - jakosc jest powalajaca. Niestety dzwiek w zamontownym mikrofonie jest kiepskiej jakosci. Dlatego dzisiaj za 10 USD zakupilem mikrofon z oslona przeciw wiatrowi, co powinno troche lepiej zbierac dzwieki. Mam nadzieje, ze audio bedzie mozna jakos podrasowac, podbic basy etc (to prosba do Ciebie Stelmi :)


Tubet 2010 - w końcu w Pekinie

Kiedy nie można zasnąć, liczy się podobno barany. Ja jak te baran, liczę zawsze w samolocie starty i lądowania. 28 startów 
i szczęśliwie tyle samo lądowań. Niestety, podobnie jak z baranami, w żaden sposó zasnąć nie mogłem. “Dzięki” temu mój organizm odmówił posłuszeństwa i w Moskwie jakimś cudem obudziłem z niekontrolowanej drzemki na 15minut przed odlotem samolotu. Zdążyłem, ale było już delikatnie stresująco.


Po 7h lotu trafiłem w końcu do Pekinu. Jest 3:45 rano, 12 września - przyjdzie mi jeszcze poczekać 3h na autobus do centrum. Na szczęście na lotnisku jest pakiet 5h Internetu za darmo - wystarzy przytknąć paszport do odpowiedniej maszyny, która skanuje kod, by dostać hasło i login. Dzięki uprzejmości pewnej Chinki, która udostępniła mi swów login i hasło, piszę właśnie te kilka słów.

W Pekinie będę zaledwie 20h więc korzystając z okazji chciałbym zobaczyć plac Tian anmen. Wieczorem o 7:30 mam spotkanie z Miss Helen, która przekaże mi bilety i pozwolenia do Tybetu. Spotkanie jest w hotelu obok zachodniego dworca kolejowego, więc daleko do stacji mieć nie będę. Pekin jest wielki (podobno, bo na razie utknąłem na lotnisku), więc w ramach low budget travel siedzę i czekam na tani autobus. Przed wejściem do pociągu podpisuje się podobno dokument, w którym stwierdzam, że jestem zdrowyi mogę przebywać na dyżych wysokościach. Jak to wygląda w praktyce dowiecie się już wkrótce z relacji z Lhasy. 


Tybet 2010 - początek

Dzisiaj rozpoczyna się długo oczekiwana i jeszcze dłużej przygotowywana wyprawa do Tybetu. Projekt “Wyprawa Tybet 2010” z dniem dzisiejszym przechodzi do fazy realizacji - tej najprzyjemniejszej i najciekawszej:)


Dzisiaj o północy mam wylot z Berlina do Moskwy. Z braku wizy do Rosji 6h na kolejny samolot będę musiał przeczekać w strefie międzynarodowej. W dniu 12 września, około 1 w nocy czasu lokalnego, wyląduję w Pekinie. W stolicy Chin zatrzymam się jedynie ok 20h, w poszukiwaniu West Railway Staton i Miss Helen, która ma mi przekazać bilety na pociąg relacji Pekin - Lhasa oraz niezbędne pozwolenia na wjazd do Tybetu. Do tego momentu “narysowana” została mapka podróży poniżej.

Dzisiaj ustaliliśmy z Polskim Radiem Szczecin, że spróbujemy się skontaktować telefonicznie z Tybetu. Tak więc jeżeli szczęście dopisze, możecie się spodziewać pierwszej ustnej relacji w okolicach przyszłej soboty, w ramach programu Archipelag, który prowadzi Pani Marzena Szóstak.

Nie obyło się bez kłopotów - dzisiaj miały dojechać do mnie akumulatory do 5D Mark II. Niestety kurier zupełnie zawalił sprawę i pozostałem bez baterii. Szczęście w nieszczęściu - okazało się, że są dwie baterie LP-E6 do kupienia w Szczecinie - co jeszcze dzisiaj muszę załatwić.

To chyba już wszystko. Rozpoczyna się podróż pełna niepewności i nadzieji na fajną przygodę. Zapraszam do czytania dzienników - pomimo potencjalnych utrudnień z połączeniem w Chinach, myślę, że nie będzie gorzej niż w Birmie. Życie to zweryfikuje :)

Pozdrawiam serdecznie i do usłyszenia z Azji.


Tybet 2010 - pakowanie

Pierwsza przymiarka do upchania w plecaku całego sprzętu fotograficznego skończona. Nie ma co, sporo tego jest - moja 30stka niestety nie zmieściła się do plecaka i pojedzie jako backup w dużym plecaku. Przeżyłem wczoraj lekki horror - okazało się, że zamówione akumulatory do Canona okazały się wadliwe! Dzisiaj w ramach reklamacji
firma wysłała mi nowe, podobno przetestowane w 5D Mark Ii akumulatory. Tak więc na dzień dzisiejszy nie mam niestety kompletu baterii. W razie czego wiem co będę robić 20h w Pekinie :)


W ferworze przygotowań nie miałem nawet czasu przetestować porządnie sprzętu z Canona. Pierwsze wrażenia - kosmiczne! 16-35 2.8 II L jest nie do pobicia, piękny szeroki kąt. 70-200 2.8 L II to prawdziwa rakieta ze stabilizacją, ciut za ciężka na podróżowanie ale lepsze to niż siłownia. Ale największe wrażnie zrobiły na mnie na nowo stałki - 35, 50, 85 i 135mm - mogę zapomnieć o cropie - robienie zdjęć z przelicznikiem 1.6 nie ma sensu po tym co widziałem w krótkich testach na pełnej klatce. Zupełnie osobny temat to nagrywanie filmów - tutaj jest tyle samo pola do popisu co przy robieniu zdjęć. Świetny obraz HD w połączeniu z wysokiej klasy szkłami potrafi zrobić stylistycznie kadry jak z filmów Koszałki. Mam nadzieję, że uda sie i ten element mocno przetestować w praktyce. Tyle pierwszych wrażeń, na pewno podczas podróży pojawi się dużo więcej uwag i zachwytów :) Wracam do pakowania! 


Tybet 2010 - wsparcie Canon Polska

Wakacje, wakacje i po wakacjach. Po dziesięciu dniach w Chorwacji można się zmęczyć “nic nie robieniem”. Jednak to dobry moment do zebrania sił przed wyprawą do Tybetu i przygotowaniami, które wymieszane z remontem i przeprowadzką wydają się być odległe tak samo jak wyjazd.

Canon wzbogacił (dosłownie) mój plecak ze sprzętem, który teraz zawiera:

  • Canon 5d Mark II
  • Canon 70-200mm 2.8 L USM II
  • Canon 16-35mm 2.8 L USM II
  • Canon 35mm 1.4 L USM
  • Canon 50mm 1.4 USM
  • Canon 85mm 1.8 L USM
  • Canon 135mm 2.0 L USM
  • Canon Speedlite 580EX II
  • Canon Speedlite 480EX
  • Canon konwerter x1.4


Do tego statyw, blenda, softbox i drugi statyw oraz netbook i zestaw baterii i ładowarek. Będzie co dźwigać:)


Tybet 2010 - przygotowania

Kolejny etap przygotowań do wyjazdu został pomyślnie zakończony. Wczoraj otrzymałem potwierdzenie, że wiza do Chińskiej Republiki Ludowej jest już wklejona do paszportu. W ten oto sposób stałem się posiadaczem pozwolenia na wjazd (jednokrotny) do Chin. Wiza jest wydana na 3 miesiące, ważna do 2 listopada 2010. Pozwala tylko na jeden wjazd lecz nie jest to problem, ponieważ potrzebuje jej jedynie do przedostania się do Tybetu.

Miałem napisać więcej o pozwoleniu „na Tybet”. Żeby dostać się na teren dawnego Tybetu, należy wykupić jedną z wycieczek na terenie Polski lub skorzystać z usług analogicznej agencji w Chinach lub Tybecie (jest to oficjalna informacja, zamieszczona na stronie ambasady Chin). Wycieczki w Polsce są zbyt drogie – koszty takiej podróży należy liczyć w dziesiątkach tysięcy. Mało tego, forma ich organizacji zupełnie leży poza moim zainteresowaniem – podróżuje się w kilkuosobowej grupie, wcześniej ustaloną trasą, którą trudną dopasować “pod siebie”. 

Z polecenia zdecydowałem się na sprawdzonego człowieka w Tybecie, który organizuje mi po tamtej stronie świata „Tibet permissions”. W tym celu przesłałem w dniu wczorajszym kopię paszportu (strona z danymi osobowymi) oraz kopię wizy do Chin. Wydane przez agencję pozwolenie jest także na wjazd grupowy (w Tybecie oficjalnie nie można podróżować samodzielnie) jednak w praktyce moja grupa to przewodnik, kierowca i ja co zadowala mnie całkowicie jeżeli chodzi o sposób podrózowania i wybór tras. Do tego dochodzi samochód terenowy, na który bardzo się cieszę licząc na większą mobilność w dość krótkiej wyprawie (ok. 2,5 tygodnia spędzę w Tybecie, reszta czasu to Katmandu i Indie). Za pozwolenie na wjazd do Lhasy i podróżowanie po Tybecie zapłacę 60USD. Mało tego, mój przyszły tybetański przewodnik zorganizował mi bilet kolejowy na trasie Pekin – Lhasa (kolejne 60USD + 50 USD fee). To naprawdę duże ułatwienie wszelkiej biurokracji i straty czasu, którego nie mam za wiele.

Obecnie czekam do przyszłego poniedziałku na kolejną wizę, tym razem do Indii. Według informacji z dzisiejszego poranka, pozwolenie na wjazd do Tybetu powinno być gotowe do 5 września 2010. Nie pozostało mi nic innego jak spokojnie czekać i liczyć na pomyślnie załatwienie sprawy. Więcej na temat pozwoleń pojawi się zapewne po powrocie, kiedy ogarnę temat w praktyce :)


Tybet 2010 - współpraca z Książnicą

Na stronie Książnicy Pomorskiej pojawiła się informacja o podjętej współpracy w zakresie wspierania i promocji projektów “The Buddhist Book Project Poland” i “Wyprawa Tybet 2010”. 

W ramach współpracy podejmowane są działania mające na celu pomoc w uzyskaniu środków finansowych a także promocję projektu podróży po Tybecie. Zebrany w Tybecie i Indiach materiał fotograficzny zostanie pokazany na wystawach fotograficznych w Polsce, których inauguracja odbędzie się w Książnicy. Po zakończeniu projektu zdjęcia zostaną przekazane Książnicy Pomorskiej, rozszerzając zbiory “The Buddhist Book Project Poland”.


Mnich - wystawa w Brama Jazz Cafe

W dniach 24 lipca do 22 sierpnia 2009 w Brama Jazz Cafe w Szczecinie, odbędzie się wernisaż zdjęć z marcowego wyjazdu do Birmy. Tematem wystawy będzie fotoreportaż o mnichach przedstawiający codzienne życie w klasztorach.

Pomysł fotoreportażu narodził się w miejscowości Katha, kiedy to zrobiłem zdjęcie starych dłoni mnicha. Od tamtej pory szukałem odpowiednich ujęć, które złożyłyby się na kompletną historię, opowiadającą to co udało mi się „zobaczyć, poczuć i dotknąć” w wielu klasztorach w Birmie.


Robienie zdjęć mnichom to wdzięczna praca. Są niezwykle spokojni, cierpliwi i ciekawscy świata. Trzeba pamiętać, że ta ponad pół milionowa grupa ludzi w Birmie, cieszy się dużym szacunkiem i respektem nie tylko wśród jej mieszkańców. Kiedy w 2007 roku wybuchła „Szafranowa Rewolucja”, Birma była na ustach całego świata. Pierwszy raz w historii dyktatury tego kraju, tak liczna grupa, tak poważana i dotychczas neutralna, wystąpiła jawnie przeciwko juncie. Wielu z mnichów zapłaciło wtedy najwyższą cenę.

Mnisi wyróżniają się ubiorem i ogoloną głową. Każdy z nas zapewne widział na żywo lub w różnych mediach charakterystyczną sylwetkę mnicha – ogolona głowa i zarzucona na ramię, czerwona lub pomarańczowa, szata. Po podróży w Birmie moje wyobrażenie o życiu mnichów zostało wzbogacone. Mnisi to nie tylko mędrcy medytujący w salach. To także nowicjusze, trochę zagubieni w klasztorach i powracający na wakacje do domów, to dorastająca młodzież grająca w piłkę. Uczą się, medytują, spędzają czas wolny, pomagają innym, piszą egzaminy. Nad wszystkim czuwa zespół nauczycieli i mistrz klasztoru, którego twarz często zdobi fotografia w pokojach wychowanków. Ich zwyczaje i codzienne życie postaram się pokazać w tych kilkunastu fotografiach.

Wkrótce pojawi się nowy dział “Publikacje”, gdzie znajdzie się zbiór wystaw i publikacji zdjęc z podróży.

Pozdrawiam,
MZ


Birma 2009 - podróże z Herodotem

W jednej z bocznych ulic Mahabondoola Rd. znalazłem kilka straganów z książkami. Leżały poukładane jedna na drugiej, część wyłożona była na ladzie, część opierała się o drewnianą ściankę. Z ciekawością przeglądałem tytuły.  Były tam książki do nauki języków angielskiego i hiszpańskiego. Znalazłem historię Buddy oraz “A guide to Buddhist Morals  for youth” (oba wydania angielskie). Oprócz tego wiele kryminałów, powieści i innych pozycji - w języku angielskim, francuskim, niemieckim, birmańskim etc. Na ladzie leżały także gazety. Głównie “Times”, wydania z roku 2003, 2004 i 2006 (nowszych nie widziałem).

Ta różnorodność wielu stylów, okresów, pisarzy, poetów, dziennikarzy, te kolorowe, zniszczone okładki, egzotyczne napisy w języku birmańskim obok francuskiego wydania Times’a tworzyly barwny, uliczny antykwariat.

W pewnym momencie, pośród wielu z książek zobaczyłem “Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego, wydanie niemieckie. Była już mocno zniszczona, jednak zachowane na jej rewersie zdjęcie reportera przypomniało mi o jego podróżach i przygodach. Z błyskiem w oku tłumaczyłem sprzedawcy kto to taki “ten Kapuściński”. Niezbyt był zainteresowany samą osobą, jednak po zakończeniu krótkiego wykładu z mojej strony, książka znalazła się na ladzie, w eksponowanym miejscu. Skoroten “sahib” tak gorączkowo opowiadał o tym autorze, zapewne można ją sprzedać za dobrą cenę…

Kapuściński wielokrotnie zabierał ze sobą “Dzieje” Herodota. Napisana przez tego greckiego historyka z Halikarnasu książka była podstawą do napisania “Podróży z Herdotem” - opisu własnej biografii, opisu warsztatu i próby wytłumaczenia wyborów życiowych reportera przez pryzmat Herodota - niezłomnego, ciekawego i rzetelnego w relacjach historyka. Herodot zachowywał się jak rasowy reporter - to co zobaczył na własne oczy przyjmował za fakt. Jednak wiele historii które przytaczał, były powtórzeniem słów innych osób co często podkreślał w tekście. Porównywał, zbierał informacje, dociekał, był wiernym i cierpliwym słuchaczem.


Dlaczego wspominam tutaj o samym Herodocie, zaraz to powiem. Otóż “Dzieje” to dla mnie przede wszystkim jedna z pierwszych prac reporterskich. Autor żył w czasach tzw. ustnej tradycji, która była przekazywaniem z pokolenia na pokolenie opowieści, historii wojennych, opisów dzieł - a wszystko to w formie ustnej. Herodot postanawia zebrać wszystkie te opowieści żeby pamięć o nich nie zaginęła i zbiera w swoich wieloletnich badaniach usłyszane historie w jednym miejscu, co sam tłumaczy już w pierwszej księdze:

“Herodot z Halikarnasu, przedstawia tu wyniki swych badań, żeby 
ani dzieje ludzkie z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci, anie wielkie i podziwu godne dzieła, jakich bądź Hellenowie,
bądź barbarzyńcy dokonali, nie przebrzmiały bez echa, między innymi szczególnie wyjaśniając, dlaczego oni nawzajem z sobą wojowali”.

“Dzieje” towarzyszyły mi w Birmie przez całą drogę. W wolnych chwilach zaczytywałem się w historie wojen z Persami, czytałem dzieje króla Dariusza i Krezusa. Czekałem na spełnienie przepowiedni wyroczni z Aten, z przyjemnością zaczytywałem się w opisach zwyczajów i kultur. Są one jak na dzisiejsze czasy barwne, czasem okrutne a czasem zabawne. Herodot opisuje: 

“Dalej mają oni zwyczaj po pijanemu obradować nad najbardziej poważnymi sprawami; co zaś podczas obrad postanowią, to nazajutrz trzeźwym przedkłada gospodarz domu, u którego się naradzali. I jeżeli to im także w trzeźwym spodoba się stanie, rzecz wykonują; jeżeli nie spodoba
się, odrzucają. A co na trzeźwo przedtem uradzili, to po pijanemu jeszcze raz biorą pod rozwagę”.

W Birmie także zbierałem opowieści od wielu ludzi, porównywałem historie i fakty. Zapisałem wiele stron notesu, który zapełnił się datami i nazwami miejscowośći, trudnymi do zapamiętania lub wymówienia. Mając za wzór Herodota oraz Kapuścińskiego, słuchałem ludzi i obserwowałem ich zachowania w prostym, codziennym życiu. Teraz wiele zebranego materiału czeka na sprawdzenie, uzupełnienie wiedzą z innych źródeł i publikacji na niniejszej stronie. To reporterska część podróży. Druga jej część to fotografia. Z aparatem nie rozstawałem się nawet na chwilę, czego wynikiem jest ponad 2 tysiące zdjęć przywiezionych z Birmy. Część z nich była uzupełnieniem do dzienników, część wykorzystana zostanie w galerii Birmy. Jednak najbardziej obiecującym wątkiem jest historia mnichów, która wkrótce zostanie przedstawiona w postaci eseju. Był to dla mnie temat przewodni w drodze.

Podróż dobiegła końca. Po prawie 45 godzinach czekania, lotów i jazdy pociągiem - dotarłem do Szczecina. Wrażenie po powrocie zawsze to samo - ciekawość i na nowo odkrywane miejsca, znane od lat. Jeszcze myślami jestem w Birmie, gdzie serdeczność ludzi wywarło na mnie wielkie wrażenie. To jedno z największych doświadczeń w moim życiu. Na zakończenie ostatnie w dziennikach z tej podróży zdjęcie z Birmy, przedstawiające mnicha podczas medytacji.


Pozdrawiam,
MarcinZ


Birma 2009 - Bago

Bago, miasto polozone 80km na polnoc od Yangon, ma dwa oblicza. Jego srodkiem przebiega glowna droga z Yangon w kierunku Mandalay. W ciagu godziny przejezdzaja tedy setki pojazdow. Duze samochody, np. ciezarowka, latwo rozpoznac - kiedy jedna z nich mija moj hostel, w pokoju zaczyna wibrowac podloga. Inne pojazdy mozna rozpoznac po dzwiekach klaksonu.  Glosne tony z reguly maja motory i pickupy. Niskie tonyi donoslejszy dzwiek - ciezarowki i autobusy. Nie jest to dobre miejsce na odpoczynek, ale za 4USD za nocleg mozna sie przemeczyc.

Jednak juz kilka minut spaceru w kierunku jednej z przecietych droga polowek miasta powoduje, ze szybko zapominam o halasie i unoszacym sie kurzu. To drugie oblicze miasta, w ktorym znajduja sie stragany, drewniane chaty, rzeka, mosty, rynek i pagody. Jest takze klasztor, z powodu ktorego tutaj przyjechalem.

Pierwszego dnia zrobilem rekonsans - sprawdzilem droge do klasztoru, zapoznalem sie z jego korytarzami oraz chcialem zaznaczyc swoja obecnosc, przyzwyczajajac mnichow do mojego widoku. Nie ma lepszego miejsca niz lawka, ktora stoi tuz przy wejsciu do sali obiadowej. Polozylem sie na niej i zasnalem. O godzinie 1030pm ze snu wyrwalo mnie trzykrottne uderzenie w dzwon - czas na obiad. Z obu stron korytarza w ktorym stala lawka, zaczeli schodzic sie mnisi. Lezalem dalej odpoczywajac, co wzbudzlo zainteresowanie przechodzacych obok, czasem smiechy,
czasem zaczepne lecz grzeczne “hello”. Kiedy wszyscy weszli do sali - wstalem i wrocilem do hostelu. Jednak wrocilem po 4 godzinach. Kiedy mnie zobaczono, jeden mnich zaprowadzil mnie do pokoju, w ktorym mieszka mnich z Bangladeszu - jedyna osoba w klasztorze, mowiaca troche po angielsku. Tak rozpoczela sie znajomosc z wychowankami klasztoru. 

Nastepnego dnia, o 4tej rano zadzwonil budzik. Ledwo wstalem z lozka, czujac zmeczenie po wczorajszej, 18sto godzinnej jezdzie autobusem. Ale musialem sie podniesc, bo umowilem sie o 4:30 przed brama klasztoru. Walczac ze snem ruszylem ciemna droga i po 10 minutach bylem na miejscu. Mnicha nie bylo. Po kilku minutach ktos zawolal w srodku i po chwili pojawil sie mlody chlopak i wpuscil mnie do srodka. Po chwili bylem juz w pokoju, gdzie przygotowywali sie do porannego wyjscia jego mieszkancy.

Po kilku minutach zeszlimy na dol, do glownego korytarza przez ktory wchodzilo sie do klasztoru. Razem z nami - dziesiatki innych mnichow, ktorzy rozpoczeli ustawiac sie w dwoch szeregach - po jednym na kazda strone korytarza. Mnisi przygotowuja sie do wyjscia do miasta po dary od jego mieszkancow. Towarzyszylem im przez cala droga o czym zaraz napisze oraz pokaze w kilku ujeciach.

Kazdego dnia o 5 rano, mnisi wyruszaja w dwoch grupach do miasta. W dloni trzymaja bambusowe naczynia, do ktorych
mieszkancy wrzucaja dary. Widzialem jak wrzucano ryz, pieniadze, cukierki, owoce, kawe w torebce. Jak napisalem wczesniej, dwa szeregi ludzi
w glownym korytarzu klasztoru, zaczynaja opuszczac jego mury. Jedna grupa w prawo, druga w lewo. Kazdy z mnichow musial minac nadzorujacego i potwierdzic slownie swoje nazwisko, ktore bylo na liscie. Dlategp prawdopodobnie, przed wyruszeniem kazdy z nich zna swoje miejsce w szeregu zgodnie z lista. Ponizej zdjecie wychodzacych mnichow z klasztoru i stojacy czlowiek z lista.


Na przedzie jednej z grup idzie prowadzacy. Jego zadaniem jest wybieranie trasy oraz zbieranie glownym datkow od darczyncow (jest pierwszy i jemu najcesciej ofiarowuje sie najwiecej). Co kilka minut grupa zatrzymuje sie przed mieszkancem, ktory ofiarowuje im to co uwaza za sluszne. Najczesciej byla to miska ryzu, z ktorej wybierano lyzka porcje i wkladano do bambusowego naczynia, trzymanego przez mnicha. Jednak widzialem takze, ze dawano mnichom kwiaty, ktore ozdobia oltarzyk z Budda i wizerunkiem mistrza klasztoru. Kiedy rozdzielone zostana dary, czesto osoba taka kleka na ziemi i wykonuje trzy sklony ze zlozonymi rekami w gescie modlitwy. Mnisi ruszaja dalej.


Wspomnialem o tym, ze najwiecej darow zbieraja pierwsze kilka osob z przodu orszaku. Jednak bardzo prawdopodobne jest, ze 
dary te sa dzielone, szczegolnie jezeli chodzi o pieniadze, za ktore codziennie 500 mnichow musi zakupic przeciez kilka wielkich
kotlow ryzu i warzywa. Pozywienie, kwiaty czy cukierki moga takze rozdzielac pomiedzy grupe ludzi z ktorymi dziela pokoj. Podczas pochodu szereg czesto sie rozluznia, tworza sie mniejsze grupki, pary 
trzymajace sie za rece lub obejmujace w gescie przyjazni. Jednak za kazdym razem kiedy taki orszak
jest zatrzymywany przed darczyncow, mnisi zatrzymuja sie tworzac jednolita strukture.


Pochod trwa okolo 2h. Prowadzacy czesto kluczy wsrod waskich uliczek, przecina stragany i ryneczki. Za kazdym razem, kiedy ktorys z mnichow otrzyma cos w darze, sklania nisko glowe w podziekowaniu. Po dwoch godzinach wszyscy kieruja sie do klasztoru, gdzie ponownie spotykaja sie dwie grupy, rozdzielone rankiem. Mnisi na codzien chodza w sandalach, jednak zauwazylem, ze wszyscy w pochodzie byli na boso. Czesto grupa taka schodzila z glownej, kamienistej drogi, zeby nie ranic sobie stop. 
Codziennie rano w pochodzie bierze udzial ponad pieciuset mnichow. Kiedy zatrzymuje sie tak liczna grupa, tworzy ona dlugi na ponad 200 metrow rzad, ubranych jednakowo ludzi.


I jeszcze kilka slow o Bago i Myananda Guest House

Gdyby nie klasztor, nie zdecydowalbym sie zostac w tym miescie dwa dni. Jest glosne, nieprzyjemne i bardzo gorace. W poludnie nie mozna ot tak wyjsc na zewnatrz, bo po kilkudziesieciu metrach czlowiek czuje, ze opada z sil. Nawet piszac te slowa, w hostelu, lepki pot oblepia cale moje cialo. Zimny prysznic pomaga tylko na kilka minut. Nie ma na to innej rady, jak w poludnie skryc sie przed palacym sloncem w cieniu hostelu i wytrzymac do 4pm, kiedy robi sie troche znosniej. Jednak rozgrzane powietrze wisi nad tym miastem cala dobe - nawet wczesnym rankiem, kiedy szedlem 
do klasztoru, czulem jak zaczynam topic sie od dusznego, goracego powietrza, ktore jakby zastyglo nad ziemia nie dajac
ani grama przyjemnego chlodu poranka.

Odnosnie hostelu to slyszalem same najgorsze rzeczy ale nie o warunkach a o jego wlascicielu - Mr. Han. Kilka osob na ulicy skarzylo mi sie, ze od czasu kiedy jego hostel zostal wymieniony w Lonely Planet, zmienil sie i jest zadufanym w sobie czlowiekiem. Nie wiem czy to prawda czy akt zazdrosci, ale na wejsciu uslyszalem: - Jestem Mr. Han. Jezeli chcesz cos 
wiedziec - zapytaj. - Tak wiem, czytalem o Tobie krotka informacje w przewodniku, odpowiedzialem. - Tak, jestem w Lonely Planet, odparl z duma… A na scianie za jego plecami widac bylo nazwe hotelu, krotki regulamin i podpis: Manager. Niby wszystko w porzadku, jednak Mr. Han nie wzbudzil mojej sympatii, dlatego tez, za kazdym razem kiedy wychodze (nawet a chwile) na ten ukrop, musze dzwigac ze soba 8kg sprzetu, gdyz nie chce go zostawiac pod nadzorem Mr. Hana i jego ludzi. Tyle narzekania, do uslyszenia z Yangon, gdzie dojade 25.03 po poludniu.

Pozdrawiam,
M.Z.


Birma 2009 - rybacy wiosłują nogami

Inle Lake to szerokie na 11km a dlugie na 22km jezioro, polozone 875m npm. Wokol jeziora znajduja sie liczne (ponad 17) wioski, glownie z mieszkancami Intha. Jezioro jest centrum, do ktorego z kazdej wioski prowadzi kanal. Jednak to nie woda i wioski sa glowna atakacja tego miejsca. Wyplywajac z kanalu na jezioro mozna dostrzec rybakow w waskich i dlugich lodkach, najczesciej bez silnikow. Wiosluja recznie, ale raczej pasuje tutaj okreslenie - noznie. Otoz rybak, kiedy potrzebuje uzyc swoich rak do zebrania sieci lub zarzucenia kosza na ryby, zaczyna wioslowac noga. Caly proces lowienia ryb wyglada spektakularnie o 
czym zaraz napisze.

Na poczatku rozpoczyna sie szukanie ryb. Wody jeziora Inle Lake glebokie sa na 5-6m, jednak tuz pod powierzchnia widoczne sa
w przejrzystej wodzie liczne rosliny. Ludzie tutaj twierdza, ze najlepsza pora na lowienie ryb jest poranek a woda musi byc plaska - wtey dobrze mozna wypatrzyc ryby.


W poszukiwaniu ryb

Czesto pomagaja sobie dlugimi kijami, uderzajac mocno w tafle wody. Lodz wtedy porusza sie wolno w kierunku sieci (te takze 
zarzucaja i czekaja az wpadna w nie ryby) a rybacy uderzaja mocno w wode, ploszac prawdopodobnie ryby i kierujac je na pulapke.


Rybacy czesto plosza ryby, zaganiajac je w okreslonym kierunku - do siatki lub w miejsce gdzie beda mogli je zlapac do kosza.

Jezeli rybak zauwazy jakis ruch, np. blysk lusek w porannym sloncu, zarzuca w to miejsce specjalny kosz. Ksztaltem przypomina
walec zwezajacy sie ku gorze. Zarowno dol jak i gora kosza sa otwarte, jednak w srodku znjaduje sie przylegajaca do siatki inna, 
wewnetrza siatka. Tak wiec kiedy rybak zarzuci kosz, dociska go calym cialem przeciskajac sie przez rosliny. Jezeli ma  szczescie, w dolny, szeroki otwor kosza wpada ryba. Czesto pomagaja sobie dlugim kijem, zapedzajac rybe w obrecz kosza. Kiedy ryba znajduje sie juz w obreczy kosza, wewnetrzna siatka zamykana jest od dolu i ryba jest uwieziona. Widzialem jak wtedy rybak bierze drugi kij, zakonczony kilkoma ostrzami, i zabija rybe juz w srodku. Potem wyciaga ja z kosza i wrzuca do lodzi.


Czesto mozna zobaczyc popisowe ewolucje - w jednej dloni trzymany jest kosz (podtrzymywany takze stopa), w drugiej dloni wioslo. Balansujac tak na waskiej aczkolwiek dlugiej lodce, przenosi kosz z wody z powrotem na lodke lub w inne miejsce. Proces szukania ryb rozpoczyna sie od poczatku.

Czesto mozna zobaczyc rybakow w ich tradycyjnych strojach z siecia w dloni. Na glowie nosza kapelusz chroniacy przed sloncem.
Za spodnie sluza im tradycyjne longyi. Uzywajac nogi do wioslowania maja wolne rece do zarzucenia sieci lub babusowego kosza.
Lodzie na ktorych plywaja, sa waskie i dlugie i trzeba miec wrodzona zdolnosc do zachowania rownowagi na tak chybotliwym
kawalku drewna. Ponizej zdjecie z wioslowaniem z uzyciem nog.


Kobiety z dlugimi szyjami


W jednej z wiosek spotkalem kobiety, ktore na szyji nosily metalowe obrecze. Zdeformowalo to ich kregi szyjne przez lata, powodujac, ze moga sie poszczycic najdluzszymi szyjami na swiecie, co jest dla nich wzorem piekna. Kiedy dziecko ma 8 lat, zaklada mu sie pierwsze 5 obreczy. RObi sie to w taki sposob. Na szyje naklada sie zwinieta spirale z metalu. Jeszcze jest ona na tyle szeroka, ze latwo przechodzi przez glowe. Nastepnie poczawszy od obojczyka, zaciskane sa ku gorze. Od 8 do 
10 roku zycia dziecko nosi maksymalnie spirale zwinieta w 5 obreczy. Kiedy konczy 10 lat, obrecz jest wymieniana na wieksza i dluzsza - po ponownym zwinieciu posiada 15 “kolek”. Juz teraz wazy okolo 3kg. W wieku 15 lat obrecze zmieniane sa po raz trzeci i ostatni w zyciu - tym razem to okolo 5-6 kilogramowa spirala, zlozona z 24 obreczy. Po 15 rou zycia jest to proces
bez mozliwosci odwrotu - kobiety musza nosci juz te obrecze, poniewaz bez nich, zdeformowane kregi szyjne nie utrzymaly 
by ciezaru glowy na tak dlugiej szyji i nastapiloby zlamanie karku. 


Pozdrawiam,
M.Z.

PS. Jutro wyjezdzam do Bago, 80km na polnoc od Yangon. To ostatnia tak dluga podroz po kraju (18h w autobusie).


Birma 2009 - Droga Birmańska

Droga Birmanska

Hsipaw to male miasto, zaledwie 150km na zachod od granicy z Chinami. Niedaleko, bo tylko 80km na wschod od tego miasta,
lezy Lashio, przez ktore przechodzi stara Droga Birmanska, wybudowana przez Brytyjczykow, Chinczykow, Hindusow i czesc 
Birmanczykow w okresie II Wojny Swiatowej. Bylo to jedyne ladowe polaczenie dwoch krajow: Chin i Indii, sprzymierzonych z aliantami. W okresie WWII, Birma byla kolonia Brytyjczykow, ktorzy traktowali ten kraj jako czesc kolonii Indii. Birma wtedy byla glownym teatrem dzialan 
wojennych w Azji. Alianci walczyli przeciwko Japonczykom i Birmanczykom (ktorzy sprzymieryli sie z Japonia), majac za swoich sprzymierzencow plemie zamieszkale na polnocy kraju - Kachin. Aung San, glowny przywodca polityczny Birmy w tamtym okresie, zawarl przymierze z Japonczykami, w celu uzyskania niepodleglosci. Birmanczycy rozpoczeli walke z aliantami i ich sprzmierzencami (Hindusami, Chinczykami oraz wspomnianym plemieniem).

Tak oto w skrocie wygladala sytuacja na froncie w latach 40stych. Alianci potrzebowali rozwiazac problem dostawy zywnosci, broni i zolnierzy do Chin, ktorych glowno dowadzacy general oczekiwal od aliantow. Poczatkowo sprzet oraz ludzi przerzucano samolotami z Indii, jednak byl to ryzykowny sposob, poniewaz samoloty musialy latac nad wysokimi
Himalajami, gdzie warunki byly bardzo trudne i wiele maszyn nigdy nie doleciala do celu. Jeden z pilotow w tamtym okresie opowiadal jak wygladal lot przez Himalaje. A bylo to mniej wiecej tak napisane.

“Przed startem przywiazywalem nogi, rece i cale cialo do fotela. To samo robili zolnierze na pokladzie oraz przywiazywano wszystkie mozliwe rzeczy.
Lot przebiegal wsrod wysokich szczytow Himalajow. Kiedy lal deszcz, woda wlewala sie przez nieszczelnosci maszyny do wnetrza. Na tej wysokosci wialy potezne wiatry, ktore rzucaly samolotem na wszystkie strony. Musialem byc przywiazany do fotela, poniewaz podczas takich silnych uderzen wiatru, samolot obracalo calkowicie na jedno skrzydlo, a ja ze swojego fotela moglem zobaczyc przez boczne okienko ziemie. Czesc z nas - pilotow, smiala sie, ze trudno sie zgubic podczas lotu, bo
ziemia zaznaczona byla dziesiatkiem ton stali z rozbitych samolotow i wystarczylo leciec nad tym zlomowiskiem.”

Tak wiec droga powietrzna nie byla bezpiecznym rozwiazaniem, a piloci musieli czasami odbywac kilka lotow dziennie (podczas lotow nd Himalajami, zginelo ponad 1000 pilotow). Glowny dowodca sil zbrojnych aliantow na terenie Birmy, Joe Stilwell, zaczal podejmowac kroki w kierunku budowy bezpieczniejszej drogi transportu - Drogi Birmanskiej. Odcinek tej drogi, ktory przechodzil przez Lashio zostal zarzucony (glownie z uwagi na przesuwajace sie sily Japonczykow) i Droga Birmanska ruszyla
kilkadziesiat kilometrow na polnoc, od miejscowosci Bahmo. Jednak nie umiejszajac miastu Lashio, znajduje sie tam pierwotny jej odcinek. Zbudowanietej drogi nie bylo prostym zadaniem - nalezalo wyciac gesto porosnieta dzungle, zbudowac dziesiatki prowizorycznych mostow, bronic sie przed atakami wrogich zolnierzy.


Ludzie gineli nie tylko od kul ale takze z powodu dezynterii, malarii oraz na skutek wycienczenia. Droga, ktora przebiega zaledwie 80km na wschod od miejsca w ktorym obecnie sie znajduje, pochlonela tysiace ofiar i byla sarkastycznie nazywana przez zolnierzy “man-a-mile-road”. Tak wiec bedac tak blisko historii, musialem o tym wspomniec.

Elektryczna gazeta

Hsipaw znajduje sie daleko od bylej stolicy Yangon, daleko od centrum, daleko od wydarzen, jakie mialy miejsce w ostatnich latach.
“Szafranowa Rewolucja”, ktora dwa lata temu wstrzasnela opinia swiatowa, nie dotarla do Hsipaw. Jak powiedzial jeden z mieszkancow, ludzie tutaj sa naprawde bardzo szczesliwi, bo Hsipaw lezy daleko od rzadu, klimat jest przyjemniejszy do zycia a prad jest przez cala dobe. Jeszcze rok temu, w miescie prad byl jedynie dwa lub trzy razy w miesiacu. Teraz jest codziennie bo Birma kupuje go od sasiednich Chin. Jakosc dostaw gwarantowana, a placic trzeba bedzie Chinczykom juanami zamiast khaytami. Pod tym wzgledem Hsipaw jest wyjatkowymi miejscem, ktoremu moze pozadroscic 
wiele miast w Birmie. Obecny rzad utrzymuje, ze w calym kraju problem pradu nie istnieje i jest go mnostwo. Moj przewodnik, z ktorym
spedzilem caly dzien w gorach, odpowiedzial na to: - Uwazaj na gazety! Tam jest tak duzo pradu, ze mozna zostac porazonym! Ciekawe, co na to 
mieszkancy Katha, Naba, Bagan, Pyay i wielu innych miast, gdzie generatory dieslowskie pracuja pelna para…

Hsipaw i pola ryzowe

Hsipaw lezy na terenie Shanow, blisko granicy z Chinami. Zamieszkale jest glownie przez Shanow oraz Chinczykow. Tych drugich mozna
poznac po odmiennej od Birmanczykow urodzie, oraz po domach, gdzie czesto znajduja sie napsy w jezyku chinskim. Z dala od Mandalay,
Hsipaw jest spokojnym miasteczkiem, przez ktore przeplywa rzeka. Otoczone jest gorami oraz polami ryzowymi, na ktorych podono
rosnie bardzo dobrej jakosci odmiana ryzu ciemnego. Pole ryzowe to dla mnie ciekawostka, dlatego spedzilem na nich sporo czasu,
przygladajac sie jak wyglada praca ludzi. A jest ona mniej wiecej taka. Pole podzielone jest licznymi walami ziemi, ktore wystaja nad wode zaledwie na kilka centymetrow. Tak z jednego pola powstaje kilkadziesiat mniejszych.
Do kazdego z nich doprowdzana jest woda z pobliskich strumykow. Czesto jeden wal jest rozdzielany, zeby dopuscic wiecej wody, a drugi jest zamykany, gdyz wody jest juz pod dostatkiem. Najczesciej odpowiada za to jeden czlowiek, ktory chodzi po takich walach i pilnuje poziomu wody i w razie czego zmienia jej bieg do innego pola.

Gdy takie poletko sie napelni, mezczyzni zaczynaja orac je przy pomocy bawolow i drewnianego narzedzia lub prostego ciagnika.
Ciagnik ten to prosta rama z przymcowanym silnikiem. z tylu znajdue sie siodelko, a na nim siedzi czlowiek sterujacy dwiema manetkami od gazu i sprzegla oraz dzwignia czterech biegow (3 w przod i 1 w tyl). Kola takiego urzadzenia maja specjalnie dobudowane, wystajace lopatki, ktore przerzucaja pod woda ziemie. Tak powstaje dobry grunt pod sadzonki.

Nastepnie na tak przygotowane poletko wchodza kobiety. Ustawiaja sie w jednym szeregu a dwie kobiety na jego krancach naciagaja sznurek, ktory przebiega przez cale poletko i przymocowuja go do ziemi. Tak powstaje prosta linia, przy ktorej beda wkladane sadzonki. Kiedy linia jest juz gotowa, pozostale kobiety wsadzaja tuz przy sznurku sadzonki, ktore czesto donosza im w koszach mezczyzni. Kiedy powstanie pierwsza linia sadzonek, dwie kobiety na jej krancach przenosza sznurek o metr dalej i mocuja do ziemi. Powstaje druga linia, rownolegla do ostatniej. I tak do konca pola.


Kiedy sadzonki pokryly juz linie na caly poletku, kobiety przystepuja do kolejnej czesci prac. Rozpoczynaja wypelniac pole 
kolejnymi sadzonkami, od jednej linii do drugiej, majac za punkt orientacyjny linie z przodu i z tylu. Po uzupelnieniu jednego metrowego pasa sadzonek, zostawiaja minimalna przerwe i zaczynaja drugi pas - od ostatniej linii do kolejnej (dlaczego, zaraz powiem). Tak powstaje jedno poletko ryzowe.


Kiedy ryz dojrzeje (a trwa to tutaj dlugo, poniewaz jest on sadzony bez zadnych nawozow), ponownie kobiety wchodza na poletko.
Brodzac w wodzie po lydki, siadaja na drewnianych stoleczkach lub kucaja. Kazda przed swoim pasem ryzu (teraz stoja 
prostopadle do wyznaczonych wczesniej linii), ktory wyraznie odznacza sie od drugiego dzieki pozostawionej wczesniej 
przerwie. Kazde zdzblo ryzu jest wyciagane recznie i zbierane w peki, 
ktore laduja w koszu. Kosze zabieraja mezczyzni i wrzucaja na ciagnik lub woz z bawolem.


I tak z kazdym poletkiem, az pokryte i zebrane zostanie cale pole (prace na poszczegolnych poletkach trwaja rownolegle, poniewaz dziala tam kilka grup). Tak wygladaja proces sadzenia i zbierania ryzu na polach w Hsipaw.


Palaung - wioska w gorach

Hsipaw otoczone jest gorami, w ktorych zamieszkuja plemiona Shanow i Palaung. O ile pierwsza grupe mozna juz spotkac w wioskach
oddalonych o godzine wedrowki od miasta o tyle do drugiej, trzeba isc wyzej w gory, ponad 4 godziny w jedna strone. W droge wyruszylismy we trojke. Lokalny przewodnik, Xavier z Francji i ja. Widoki po drodze nie byly urzekajace, glownie z powodu wypalanej ziemi pod nowe uprawy oraz unoszacej sie mgly, skutecznie ograniczajacej widocznosc. Po czterech 
godzinach wspinaczki dotarlismy do wioski plemiona Palaung, w ktorej zycie toczy sie niezmiennym torem od setek lat. Zostalismy
zaproszeni przez wodza wioski na wspolny posilek, ktory skladal sie z zielonej herbaty, ryzu, kwiatow musztardy oraz kilku
kawalakow miesa. W drewnianym domku wodza, poznalismy jego siostre, ktorej zdjecie zamiescilem ponizej.


Wioska nie jest mala, bo liczy ponad 1000 mieszkancow. Wiekszosc z nich, za dnia pracuje w lesie przy karczowaniu. Wracaja wieczorem na obiad, ktory przygotowuja pozostale w domu kobiety. Pozostawioe w domu zajmuja sie glownie dziecmi oraz gospodarstwem. Nie jest to jednak lekka 
praca bo i trzeba sie zajac licznym potomstwem (czesto jedna rodzina ma siedmioro dzieci), przygotowac posilek a takze zrobic nowe poszycie na dach, ktore jest wymieniane srednio co 2-3 lata. Czesc kobiet suszy
takze zebrana herbate, ktora nastepnie mlocona jest w jednym miejscu wioski przez wiekszosc mieszkancow. Dzieci takze musza pracowac, najczesciej pomagajac matce w domu lub ojcu w lesie. Czesto praca ich polega na donoszeniu wody z pobliskiej studni.


Podczas naszej wizyty w wiosce wiekszosc ludzi byla w pracy. Jednak juz w drodze powrotnej, spotkalismy powracajach z lasu ludzi,
w tym doroslych mezczyzn i dzieci. Te ostatnie czesto prowadzily drewniany zaprzeg, do ktorego zaprzegniete byly po dwa 
bawoly. Widok to niecodzienny, kiedy maly, zaledwie dziesiecioletni chlopiec dyryguje dwoma, olbrzymimi i groznie wygladajacymi zwierzetami
(zdjecie ponizej).


Mr. Charles i Slumdog

Guest House Mr. Charles to dla backpackersow synonim miasta Hsipaw. Spotykaja sie tutaj rozni ludzie, z rozych krajow, najczesciej 
w poszukiwaniu spokoju i odpoczynku od zgielku wielkich miast. Poznalem tam Xaviera, ktory od ponad 20tu lat podrozuje po roznych zakatkach swiata na swoim rowerze. Byl niekwestionowanym liderem w doswiadczeniu podrozniczym. Przemierzyl na swoim pojezdzie miedzy innymi Afganistam, Kirgistan, Kube, Argentyne, Kambodze, Indie a teraz Birme. Jak sam opowiedzial, podczas jazdy na rowerze w Birmie rozgladal sie na boki w podziwie dla krjobrazow. Nagle zobaczyl cos na ulicy, ale nie zdazyl zareagowac - przejechal po wezu. Kolejnymi mieszkancami byla para 50cio latkow z Anglii, ktorzy ucieszyli sie na widok jedynego
Polaka w tym miejscu, poniewaz w latach 70tych mieli okazje odwiedzic nasz kraj i byli ciekawi naszego kraju. Byla takze jedna wesola para Francuzow, troche ekscentryczna, 70cio letnia Amerykanka, ktora na wlasna reke przyjechala do Birmy (kazala nam przy stole zachowywac sie porzadnie, mowiac ze teraz jest nasza matka). Byla takze Funny, dziewczyna pochodzenia francuskiego, na stale mieszkajaca w Australii. Obecnie jest juz trzeci miesiac w podrozy i nie planuje na razie wracac do domu. Byl takze nauczyciel angielskiego z Bangkoku (Amerykanin), ktory zrobil sobie przerwe wakacyjna od swoich studentow.

Tak wymieszane kulturowo i wiekowo towarzystwo, swietnie dogadywalo sie miedzy soba. Rozmowy podczas kolacji toczly sie w kilku
jezykach na raz: francuski, angielski, hiszpanski. Wieczorami spotykalismy sie na drewnianym tarasie, opowiadajac rozne historie z minionego dnia lub z wczesniejszych podrozy. Czasem spotykalismy sie zupelnie nieoczekiwanie w miescie i spedzalismy w mniejszych grupach czas przy dobrej, czarnej kawie, tuz nad rzeka. Ostatni wspolny wieczor zarezerwowalismy sobie na kino - malzenstwo z Anglii zakupilo w Kambodzy DVD z filmem Slumdog. Powstalo kino na swiezym powietrzu a nowo przybyli goscie przylaczali sie do nas, czujac swietna zabawe i nastroj. Z tego wszystkiego z zalem zegnalem sie z tymi ciekawymi ludzmi i dzisiejszego poranka razem z Anglikami przyjechalismy autobusem do Mandalay, skad teraz pisze te slowa.

Jutro o 5pm wyjezdzam do Inle Lake a potem planuje pojechac do Bago, gdzie chcialbym spedzic 2 pelne dni i noce w klasztorze.
Oficjalnie jest to zabronione, lecz poznany Francuz - Xavier - wyprobowal juz ten sposob i nie bylo najmniejszego problemu.


Pozdrawiam,
M.Z.


Birma 2009 - podróż do Katha

Pociag z Mandalay odjechal ze stacji punktualnie o 13:30, 10 marca 2009. Bylo to dla mnie mile zaskoczenie, poniewaz balagan jaki panowal na peronie sugerowal co innego. Wsiadajacy w Mandalay (a jest to stacja poczatkowa) sa uprzywilejowani - maja swoje miejsca na drewnianych lawkach, maja czas zeby upchac bagaze, kupic wode lub jedzenie od podchodzacych do okien sprzedawcow. Jednak z kazdym kilometrem, pasazerowie wsiadajacy na kolejnych stacjach na trasie Mandalay - Myitkina, maja coraz mniejsze szanse nie tyle na miejsce siedzace, co wogole na wejscie do wagonu. Wagony pociagu dziela sie
na odinary class, first class, upper class i sleep class. Bilet zakupilem dokladnie na ordinary class (nie jak wczesniej
naisalem - lower class), dzieki czemu mialem okazje do podrozowania z najbiedniejsza czescia pociagu co moim zdaniem, bylo
zdecydowanie ciekawsze niz “sterylna” upper class (wiem to, bo w drodze powrotej musialem jechac tym lepszym wagonem).

Ordinary class - zamknieci w klatce

W srodku wagonu tej klasy znajduja sie drewniane lawy. W oknach - metalowe zaluzje, zamykane z dwoch stron na zamki. Juz w Mandalay,
gdzie pociag rozpoczynal swoj bieg, panowal w srodku scisk i tlok a glownie to przez wszedzie powciskane torby, pakunki, plecaki,
drewniane skrzynie oraz jedzenie.

Po pieciu godzinach jazdy, w miejscowosci Schwebo, walka o miejsce rozpoczela sie na dobre. Jeszcze pociag sie nie zatrzymal, 
jeszcze toczyl sie leniwie przez stacje a juz do okien doskoczylo kilku mlodych ludzi. Siedzialem przy otwartym oknie i zobaczylem 
dlonie, ktore chwycily sie dolnej jego czesci. Za chwile wylonila sie glowa. Mezczyzna poczekal tak przez chwile wiszac za oknem,
zapewne przyzwyczajajac wzrok do ciemnosci. Po chwili blysnely tylko bialka oczu i zwinnie jak malpa wskoczyl do srodka, przeszedl 
po siedzeniach rzad dalej, tuz nad moja glowa. Ten byl pierwszy. Za nim, juz przez inne okna, zaczeli wskakiwac inni.


Reakcja na ten “atak” byla natychmiastowa - zaluzje w oknach zaczely opadac, broniac dostepu do wagonu. Nastal polmrok. Swiatlo, ktore spokojnie saczylo sie przez szpary, kontrastowalo z tym, co zaczelo dziac sie w wagonie.  Mlodzi mezczyzni, zaczeli szarpac zaluzje
jak zwierzeta zamkniete w klatce. Udalo im sie sila podniesc dwie zaluzje, przez ktore do srodka zaczely wpadac worki, skrzynie, zwiniete toboly. Tuz za mna, zaledwie siedzenie dalej, powstal wielki rozgardiasz - pasazerowie, ktorzy siedzieli przy otwartym oknie, zaczeli glosno protestowac. Ich
spokojne dotychczas siedzenia zamienily sie w jeden wielki stos bagazy, rozlewajacy sie teraz na boki, na innych pasazerow, przygniatajacy spiacych na podlodze. Ktos dostal w glowe, komus przycisnieto reke - a wszystko to w wielkim pospiechu, bo przeciez pociag zaraz odjedzie! Gora bagazy rosla i rozlewala sie ze szczytu na boki. Pietrzyli sie takze pasazerowie, ktorzy wypchnieci przez bagaze stali teraz boso na lawkach, oparciach i bagazach, ktore bez perwy wciskano do srodka.
Czesc pasazerow, ktora spala na podlodze, przycisnieta zostala przez bagaze, zdeptana przez szukajace miejsca stopy.


Co dziwniejsze - pomimo protestow, zaden z wypchnietych pasazerow nie klocil sie zawziecie o stracone miejsce, nie walczyl o nie,pomimo tego, ze przed wiekszoscia z tych ludzi bylo jeszcze wiele godzin jazdy. Teraz ich miejsca maja te osoby, ktore wraz za bagazami wskoczyli przez okno i rozsiedli sie wygodnie na wygranych miejscach. A wszystko to moga zawdzieczyc ruchliwym, niespokojnym mlodym mezczyznom, ktory wrecz brawurowo opanowali wagon i wygrali miejsca dla swoich rodzin albo
moze zleceniodawcow.

Wreszcie pociag ruszyl. Mlodzi mezczyzni zaczeli szarpac zaluzje, chcac sie wydostac z wagonu (dwa otwarte okna byly juz zbyt zapchane zeby sie przecisnac). Otworzyli jedno okno i po kolei zaczeli wyskakiwac na zewnatrz. Spojrzalem przez otwarte okno do tylu, na jednego z nich - byl jeszcze uczepiony framugi a nogi opieral o blache wagonu. Spojrzal na mnie nieobecnym wzrokiem, jednak po chwili, jakby adrenalina odpuscila i nasz wZrok sie spotkal. Usmiechnal sie od ucha do ucha i powiedzial: min-ga-la-ba (hello). Potem zeskoczyl na ziemie. 

Zadanie zostalo wykonane.

Zaluzje z powrotem uniesiono do gory.

Oby do nastepnej stacji.


Od stacji Schwebo, po tym jak zakorkowano polowe wagonu, pasazerowie musieli chodzic po oparciach lawek zeby przedostac sie
do wyjscia. Nie chcac ryzykowac polamania nog, w docelowej stacji Naba wyskoczylem jak inni przez okno.

Naba - Katha

W Naba, malej miejscowosci 25km na zchod od Katha, wsiadlem do przerobionego na riksze motoru (specjalnie zespawana rama
motoru dala oparcie na mala przybudowke. Zmiescilo sie tam 9 osob). Ruszylismy droga do Katha, miejscowosci lezacej nad 
Ayeyerwady River. Droga do Katha to typowa dla dzungli trasa, pelna dziur, kamieni i drewnianych, rozpadajacych sie mostow.
Na szczescie po kilku kilometrach pojawily sie szczatkowe ilosci asfaltu, przez co moglismy troche przyspieszyc. Bylo zimno.
Po 12h jazdy przy otwartym oknie i kolejnej godzinie w moto rikszy - zmarzlem w tym goracym klimacie az do dgrawek. To takze
zasluga klimatu, ktory tutaj, dalej o ponad 240km na polnoc od Mandalay, jest nieco lagodniejszy i znosniejszy dla Europejczykow.
Dlatego tez, Katha oraz pobliskie regiony, zostaly przez Brytyjczykow zaakceptowane na siedziby swoich posterunkow (oczywiscie,
to tylko jeden z powodow). Po godzinie jazdy, dowieziono mnie pod Ayeyerwady Gest House (tuz nad rzeka), gdzie od razu udalem
sie na spoczynek. Bylem zmaltretowany 13h jazda, co normalnie jest znosnym czasem, ale nie po ordinary class i nie po jezdzie
po wertepach dzungli.

George Orwell i Katha


W latach trzydzestych XX wieku, Eric Blair, znany bardziej pod pseudonimem George Orwell, stacjonowal w Katha jako oficer
brytyjskiej policji. Byl to czas, ktory zaowocowal napisaniem przez niego ksiazki pt. “Burmese Days”. Orwell jawnie krytykowal polityke kolonizacji Birmy, co znalazlo ujscie takze w/w ksiazce. Katha to male miasto, lezace tuz nad rzeka. Glowna ulica, rownolegla do rzeki, konczy z jednej strony klasztor a z drugiej strony, dla odmiany, drugi klasztor. Tak wiec w oczekiwaniu na lodz, zwiedzilem oba. Znajduje sie tutaj takze lokalny rynek,
przystanek autobusowy oraz Ministerstwo Agrokultury i Nawadniania (mysle, ze tak mozna to przetlumaczyc), w ktorym wyladowalem
niechcacy, w poszukiwaniu slynnego British Club - pozostalosci po bylych kolonizatorach. Jak sie okazalo, klub to zaden (a liczylem na szklanke odkazajacej wshiskey, poniewaz dopadly mnie bole zaladka) - teraz jest to budynek - ciekawostka dla przyjezdnych. Nie majac nic innego do roboty jak czekanie na statek, spedzilem kilka godzin nad rzeka oraz w klasztorze, gdzie zrodzil sie w mojej glowie pomysl pewnego projektu - eseju, ktorego czesc mozecie obejrzec ponizej:


Sorry, engine stop!

Pierwszego dnia w Katha udalem sie od razu do boat office. Statek mial byc o godzinie 3pm. Mialem przyjsc dowiedziec sie 
dokladnie o 1pm. O wyznaczonej godzinie stawilem sie na miejscu. Statku dzisiaj nie bedzie, uslyszalem tylko. Kazali mi przyjsc jutro miedzy 10 a 12am. Nastepnego dnia znowu pojawiam sie na czas a urzednik odeslal mnie z kwitkiem. Mialem znowu przyjsc o 3pm - statek na pewno odplynie o 5pm, uslyszalem. Wracam po pierwszej - teraz juz na pewno moga mi powiedziec, ze statek dzisiaj nie przyplynie. “Sorry, engine stop!”, uslyszalem tylko na odchodne. Tak wiec nie chcac tracic wiecej czasu, wyruszylem z powrotem busem do Naba i z Naba do Mandalay pociagiem.


Dzisiaj jestem w Mandalay Jutro rano, o 5:30am mam autobus do Hsipaw, miasteczka polozonego w gorach, na drodze do Chin. 
Powinienem spedzic tam 1-3 dni i powrocic do Mandalay by znowu wyruszyc ale juz w droge powrotna: przez Inle Lake do Rangunu.

Pozdrawiam,
M.Z.

PS. Mroczek, jezeli mamy sie spotkac, to proponuje albo Mandalay w dniu 17.03 (wieczorem), 18.03 (caly dzieny) albo w Inle Lake miedzy 19-22.03. Wolalbym Mandalay bo tutaj mozemy sie spotkac w Royal Guest House lub zostawic sobie wiadomosc - w Inle nie wiem gdzie bede. Zreszta z Mandalay macie dobry pukt startowy w kazdym kierunku. 
Daj prosze znac komentarzu - maile nie dzialaja.


Birma 2009 - U Bein’s Bridge

Ulice Mandalay

Mandalay to ponad 800 tysieczne miasto, ktory w latach 90tych przezyl swoj rozwkit populacyjny wraz z otworzeniem granicy z Chinami. Do miasta ruszyly takze tysiace mnichow, ktorzy obecnie w Mandalay stanowia 60% ilosci mnichow w calym kraju.

Miasto to albo sie pokocha albo znienawidzi. To duze, brudne, glosne i niezbyt urocze miejsce. Na prozno szukac tutaj spokoju ale jak w kazdym chaosie - takze i tutaj ktos zawsze odnajdzie swoj porzadek. Wieczorami czesc ulic zamyka sie i przez caly wieczor znajduja sie tam stragany, przenosne restauracje, sklepy a nawet boiska do gry. Kupic mozna praktycznie wszystko - idac ulica lub chodnikiem (zamiennie, bo raz jedno a raz drugie jest zastawione towarem, motorami lub samochodami), mozna dostrzec komplet kluczy samochodowych, latarki, posazki Buddy, jedzenie, ptaki w klatkach, ciuchy etc. Mandalay jest bardzo ruchliwym
miastem - trudno jest tutaj przejsc przez ulice, poniewaz z jednej i drugiej strony jezdza skutery, motory, ciezarowki, riksze - 
piesi wpasowuja sie jakos miedzy nimi, co czesto wyglada na karkolomna probe samobojstwa. Tak jak w innych krajach o podobnym
stylu zycia, w Mandalay panuje jedna zasada - wiekszy moze wiecej. Prym wioda wielkie ciezarowki, ktore nic sobie nie robia z 
zasad ruchu drogowego i jada jak walec na wprost. Nastepne w kolejce sa autobusy, pozniej pickup’y, motory, skutery rowery. Piesi
sa nic nie znaczacym, przeszkadzajaym w ruchu elementem i niechetnie sie zwalnia zeby ich przepuscic. Najczesciej wyglada to tak, ze stoi sie na srodku drogi i wypatruje raz z lewej raz z prawej co gdzie jedzie i jak zabka w jednej grze komputerowej, przskakujesz w wolne miejsce i dalej az na druga stroe chodnika.

Wracajac juz z Amarapury (o czym napisze za chwile), zatrzymalem sie przy jednej zamknietej ulicy, gdzie na prowizorycznym
boisku szesciu nastolatkow gralo w niby to siatke, niby w pilke nozna. Czasami przypominalo to nasza “zoske”, a ewolucje
wykonywane podczas gry byly popisowe. W tle widac takze, jak wyglada ulica Mandalay.


Idac ulica dookola slychac gosne i rytmiczne tyr, tyr, tyr - to silniki dieslowskie zamkniete w wielkich szafach - generatorach pradu. Po godzinie 6pm robi sie ciemno i tylko w niektorych miejscach swieci sie swiatlo. Tam gdzie jest swiatlo, mozna uslyszec tyr, tyr, tyr. I tak raz z lewej, raz z prawej strony a calosc na jednej ulicy tworzy w rownych odstepach niezla kakafonie, przebijajaca sie przez warkot ruchu ulicznego. I tak na kazdej ulicy. W nocy, swiatla gasna prawie wszedzie a Birma z lotu ptaka musi wygladac jak ciemna plama na mapie. Tylko silniki Diesla pracuja nadal rytmicznie - i jest to jedyny, tak glosny i regularny odglos miasta w nocy.

W miescie jest bardzo duzo pojazdow, generatorow, roznej masci silnikow, przez co, szczegolnie wieczorem, widac unoszacy sie
wszedzie smog polaczony z kurzem. Widok nadjezdzajacych samochodow, oswietlajacyh swiatlami inne (nie wszystkie pojazdy maja swiatla)
jest niesamowity - z mroku wylania sie w kurzu i dymie wielka ciezarowka, ktora gna przez ulice trabiac co chwile na inne
pojazdy. Ciekawe doswiadczenia dostarcza takze jazda motorem - mialem okazje dwa razy jechac jako pasazer i przyznam szczerze,
ze nie wiem jak tutaj nie dochodzi do wypadkow. Gnalismy we dwojke, z plecakiem miedzy nogami kierowcy, przez ruchliwa
droge - wszedzie wkolo mijaja nas ciezarowki - raz z lewej, raz z prawej. Mijaja szybsze motory, my mijamy riksze, rowery i 
skutery - wszystko to w wielkim, komunikacyjnym balaganie, przeskakuja z pasa na pas, jadac pod prad lub wciskajac sie miedzy
autobus a samochod. Dostepne sa takze Internetowe kafejki, lecz nie ma reguly w jakich bedzie dzialac skype, w jakich poczta.
Dlatego trzeba sie niezle nachodzic- w jednej odbieram poczte z onetu (moja duga prywatna nie dziala), a w innej przesylam pliki via
skype. Ogolnie - wiekszosc stron to zablokowane przez administratorow lub rzad tresci. W jednej kafejce znalazlem nawet wykaz 
stron www, ktore mozna odwiedzac. Czasem jak cos nie dziala, warto zapytac administratora - raz mi sie zdarzylo, ze odblokowali porty i w jednym miejscu mialem i skype i onet :) Jednak jakie by Mandalay nie bylo, pozostaje duzym miastem, gdzie zdecydowanie mozna zmeczyc
sie jego ruchliowscia i chaosem. Dlatego szybko udalem sie do spokojniejszej Amarapury, na caly dzien odpoczynku. 

Amarapura i U Bein’s Bridge


To male miasto znane jest glownie z najdluzszego mostu na swiecie, zbudowanego z drewna tekowego. Zostalo mianowane stolica
Birmy w roku 1783 przez Bodawpaya, a w 1857 Mindon Min zdecydowal przeniesc stolice do Mandalay. Za wizyte w Amarapura wszyscy 
turysci musza zaplacic 10USD. Tak zapewne jest, jezeli korzysta sie z jednej z wycieczek organizowanych przez biuro lub hostel.
Jednak kiedy pojedzie sie do Amarapury wlasnym kosztem, tak jak lokalni mieszkancy, mozna ominac wspomniane oplaty. Szukajac srodka transportu do tego miasta, slyszalem rozne ceny - od 3000 do 10000Khyatow. Szybko zrezygnowalem z posrednikow i 
poszedlem szukac lokalny autobus, ktory okazal sie przerobiona ciezarowka, dowozaca ludzi takze do Amarapury. Kosztowalo mnie
to 400Khyat’ow w obie strony (probowano 800 ale powiedzialem, 
ze wiem ile placa ci co siedza na pace i chce z nimi jechac i placic jak inni). Po dotarciu na miejsce, ruszylem w droge
do mostu w towarzystwie dwoch mnichow, ktorzy zaprowadzili mnie na miejsce (zaczynam wierzyc, ze cokolwiek by sie w Birmie nie dzialo,
u mnichow nalezy szukac schronienia). Po okolo 15stu minatach pozegnalem moich przewodnikow i poszedlem zobaczyc most. Niestety,
okolo godziny 1pm bylo tak nieznosnie goraco, ze wrocilem do klasztoru, ktory mijalem po drodze, w poszukiwaniu schronienia.

W klasztorze spedzilem 2h, zaliczajac w tym czasie odswiezajaca kapiel w lazni mnichow. To mala studnia, z ktorej czerpie sie wode metalowym naczyniem i nastepnie wylewa sie calosc na siebie. Musieli miec niezly ubaw z “bialasa” rozebranego do pasa :). Ponownie, jak w Pyay, 
doswiadczylem niezwyklej goscinnosci i cierpliwosci - mialem okazje zobaczyc jak wyglada stolowka, sypialnia, hostel i sala do nauki.
W tym czasie namawiano mnie do zalozenia butow (nie mozna wchodzic do klasztoru w obuwiu) poniewaz jest zbyt goraco by chodzic
boso, jednak tlumaczylem cierpliwie, ze sa zasady a dwa, ze po prostu wygodniej jest mi chodzic boso. Czas jednak na zdjecia mostu, do ktorego powrocilem po 2h w klasztorze:


Most jest bardzo dlugi, w calosci zrobiony z drewna tekowego. Laczy dwa brzegi rzeki na koncach ktorych, mozna
rozgoscic sie w jednej z kafejek. Mozna takze wynajac lodz, zeby zrobic “najlepsze” zdjecie mostu o zachodzie slonca, ale zrezygnowalem, poniewaz
nie moglem tak dlugo czekac - ostatni lokalny bus odjezdzal okolo 5.30pm. Po kilku godzinach w Amarapura, powrocilem do Mandalay.

Atrakcja turystyczna

Na moscie zawolal mnie mezczyzna z aparatem w dloni. Zapytal, czy moge zapozowac do zdjecie z dwiema Chinkami (tak sadze, mogly
byc rowniez z Japonii, Korei itp.) i jednym mnichem. Pstryk - zdjecie gotowe, panny usmiechniete. Po 20 minutach to samo: te
same Chinki tylko bez mnicha - zdjecie Chinka i ja. Pstryk - gotowe. Pozniej spotkalem ta grupe w klasztorze, ktora najwyrazniej za przewodnika
miala mnicha. Podjechali nowym jeepem, wzbudzajac ciekawosc wychowankow klasztoru - podziwiali z okien piekny, nowoczesny woz
terenowy. Chinki jak tylko mnie zobaczyly, podbiegly i jedna z nich, z ktora miala zdjecie tylko ze mna zaczela cos tlumaczyc
trzeciej, ktorej wczesniej nie widzialem. Pokazala wydrukowane zdjecia ze mna i dala jej jedna odbitke, mi dala druga, a sobie
zostawila trzecia. I okazuje sie, ze nie tylko most U Bein’s moze byc atrakcja turystyczna dla sasiadow z Dalekiego Wschodu… 

Zycie w wielkim miescie

Zycie w wielkim miescie, szczegonie w Bimie, nie moze byc latwe. Pomijajac przyczyny tego stanu, chcialbym zebyscie byli 
swiadomi w jakich warunkach zyja
tutaj ludzie, jak wygladaja ulice, jakich ludzi mozna spotkac gdzies w bocznych zaulkach. Wprawdzie malo jest tutaj ludzi,
ktorzy chca pieniadza za swoje kalectwo lub biede, ale trudno nie byc swiadomym, jak ciezko musi sie tutaj mieszkac, bez wzgledu
na przyzwyczajenie i kulture. Mandalay wyglada jak wielka karykatura miast z rozwinietych krajow - wszystko wydaje sie byc 
przesadzone.
Muzyka - tak, ale na caly regulator. Telewizory i glosniki - jak najbardziej, ale kartony ustawione sa od sklepu az do konca
chodnika przy ulicy a z wnetrza sklpeu dudnia glosniki. Reklamy, modne ciuchy, fotograf? Wszystko to jest, ale najczesciej jakies inne, jakby mialo to udawac
pierwowzor. Mowiac krotko, w miastach jest pelno podrobek, cale mnostwo pseudo-oryginalow a posiadanie koszulki AIG cieszy
sie spora popularnosci na ryneczkach. Nawet w autobusach, odtwarzacze DVD sa firmy Soneer, a w sklepach mozna dostac Star Cole, ktora wyglada ludzaco podobnie do Pepsi a smakuje identycznie jak Coca Cola (i jest 3-4 razy tansza). Trudno jest takze opisac brud i warunki w jakich ludzie mieszkaja, jeszcze trudniej opisac
warunki przygotowywania jedzenia na ulicy. Tam gdzie jest jedzenie, pojawiaja sie szczury i karaluchy, wielkie jak na ten 
klimat przystalo. To na pewno wada, ale zaleta jedzenie na ulicy jest jego dostepnosc, szybkosc i… smakuje to naprawde niezle. Oczywiscie,
jest to duzo tansze niz w restauracjach. Dlatego jezeli ktos ma WZW A+B, mozna poczuc sie choc odrobine zabezpieczonym i sprobowac
wielu ulicznych smakolykow. Ponizej znajduje sie zdjecie restauracji przy torach kolejowych oraz spiacy czlowiek pod mostem w Amarapura:


Drogi czesc dalsza

W Mandalay mialem okazje podladowac baterie (prad dzialal cala noc) a takze doprowadzic sie do porzadku. Dzisiaj poszedlem
kupic bilet kolejowy do Nabo, z ktorego bede musial dostac sie do Khata (zobacz mape). Jezeli uda sie zlapac statek, wroce do 
Mandalay rzeka Ayeyarwady. Rejs powinien zajac 1-2 dni (wg. obslugi hostelu:4-5 dni), jednak wszystko zalezy od poziomu wody,
ktory o tej porze roku jest bardzo niski. Jezeli podroz z powrotem zajmie mi wiecej niz 4 dni, wroce do Mandalay pociagiem. Wagony wygladaja jak wojskowe, z malymi, zakratowanymi okienkami. Kupilem najtanszy bilet - lower class za 7USD (sypialny chyba 45USD) wiec powinno byc ciekawie. 

Pozdrawiam,
M.Z.


Birma 2009 - Bagan

W drodze do Bagan

Z Pyay wyruszlem autobusem w kierunku Kyunpadaung, malego miasteczka, okolo 50km od Bagan. Na miejsce dotarlismy autobusem
po godzinie 2 w nocy. Z racji tego, ze w miescie tym nie ma guest housow dla cudzoziemcow, nie moglem zatrzmac sie tutaj na
noc - musialem szukac przystanku i tam czekac na kolejny autobus. Jednak juz po chwili, jeden z mieszkancow zaprowadzil mnie
do bramy, ktora okazala sie wejsciem do mieszkania (wygladalo to jak garaz). W srodku spaly dwie osoby - kobieta i mezczyzna.
Obudzilismy ich, wiec byli jeszcze troche zaspani ale szybko wyprowadzili mnie na zewnatrz i wskazali droge na przystanek, mowiac, ze
nie moge tutaj zostac. No dobrze, tylko w ktorym kierunku mam isc? Na kawalku kartonu, Naczelnik (jak go nazwalem), narysowal
kierunki swiata i wskazal przystanek. Musialem isc swoja droga i opuscic centrum.

Kiedy tylko skrecilem w kierunku polnocnym (wg. wskazowki naczelnika), ulica opustoszala. Nie bylo juz kafejek, nie bylo ludzi - tylko ciemna noc i kilka latarni. W oddali zobaczylem swiatlo i jak cma
ruszylem tam, w poszukiwaniu poczucia bezpieczenstwa - tam musza byc ludzie! Jednak zanim tam doszedlem, dopadaly mnie co chwila
male grupy ujadajacych wsciekle psow, zjezonych, z wyszczerzonymi zebami. Nie wiedzialy na ile moga sobie pozwolic, podbiegaly 
co chwile na metr ujadajac i odskakiwaly dalej. Wtedy wiedzialem tylko, ze nie moge sie zatrzymac i musze isc pewnym krokiem, 
ze nie moge pokazac, ze sie ich boje bo rzuca sie na mnie w tym ciemnym zaulku. Udalo sie na szczescie przejsc te kilkaset
metrow do grupki ludzi, ktorzy w nocy naprawiali ciezarowke (zdjecie ponizej).


Siedzialem tak z nimi prawie 2h, az wreszcie nadjechal autobus. Jeden z nich wyskoczyl na ulice i machajac jak “na stopa”, zatrzymal autobus. Po 12h jazdy, w koncu dotarlem do Nyang U, malego miasteczka 4 km od Old Bagan.

Bagan - kilka portretow

Bagan jest jak olbrzymie muzeum - na duzym obszarze znajduje sie okolo 4000 swiatyn, ktorych nie sposob zwiedzic chocby w miesiac.
Jednak kilka z nich, sa bardziej popularne od pozostalych i turysci moga ograniczyc sie do zaledwie kilkunastu. W Bagan 
zatrzymalem sie w Golden Myanmar (tani i wygodny, 5 USD ze sniadaniem), gdzie za 1USD dziennie wypozyczylem rower, na ktorym
jezdzilem dwa dni - od swiatyni do swiatyni. Niezbedna przy zwiedzaniu okazuje sie latarka. Bardzo wiele pagod, to ciemne zaulki,
wejsci po schodach tak waskie, ze z trudem wspinalem sie po nich (bardzo stromo) z torba fotograficzna. Gdyby nie latarka, 
czasem nie mozna by bylo takiego wejscia odnalezc, gdyz czesto sa ukryte gdzies kolo posagu Buddy. Jest jeszcze jedna zaleta 
posiadania swiatla - czesto w ciemnych zaulkach lubia wylegiwac sie weze. A ze jest to kraina kobty krolewskiej, nie chcialem
na jedna z nich nadepnac gola stopa (tak, do pagody mozna wejsc tylko boso).

Bagan niestety nie zrobil na mnie wielkiego wrazenia, pewnie dlatego, ze nie mialem zbyt wiele czasu zeby poznac cala okolice a mialem
w wyobrazni zdjecie Vagabonda, ktory uwiecznil to miejsce fenomenalnie.
Dlatego nie mogac znalezc najlepszego miejsca do sfotografowania zachodu i wschodu slonca, skupilem sie na mieszkanacach Bagan.
Oto kilka ujec:


Bagan jest o tyle ciekawe, ze mozna zwiedzac samodzielnie wszystkie pagody (w hostelu mozna wykupic
tax fee za 10USD na cale Bagan - nowa czesc, Old Bagan i Nyang U). Czesc z nich zamkniete sa niestety na klodke, ale wiekszosc w jakich bylem byly otwarte. Kazda pagoda ma swoja nazwe i opiekunow - moze to byc cala rodzina, ktora mieszka tuz obok pagody, albo pojedynczy “straznik”, ktorzy przy okazji probuje sprzedac swoje obrazy (malowane piaskiem z rzeki).
W tym czasie w Birmie zaczyna sie sezon letni i jest niezwykle goraco - jednak wiele pagod oferuje schronienie przed palacym
sloncem i daje choc cien wytchnienia. Ponizej ostatnie zdjecie, przedstawiajace siedzacego Budde (zdjecie zrobione w jednej z pagod):


Ciag dalszy - Mandalay
Kiedy pisze te slowa jestem juz w Mandalay, w malym hostelu blisko centrum (Royal Guest House). Szukam mozliwosci 
dotarcia do Bahmo, ale z tego co zdazylem sie zorientowac, nie ma lotow az do niedzieli. Tak wiec zostanie mi rejs lodzia do Khate i powrot do Mandalay w okolicach 11-12.03. Pozniej Amarapura, mozne Hsipwe i w okolicach 15-20 powinienem byc w Inle Lake (informacja dla Mroczka).

Pozdrawiam,
M.Z.

PS. Nie moge sie nadziwic serdecznosci tych ludzi. Dzisiaj autobus podjechal pod hostel, zabral mi rzeczy, pilnowali podczas
podrozy, zabiegali o to zeby bylo wygodnie, ciagle sie usmiechaja. Malo tego, nie ma zadnego problemu, zeby robic zdjecia ludziom, chetnie pozuja jak sie ich poprosi. Jaka wielka to roznica w porownaniu z takim Marokiem!


PS2. Zapraszam takze do poprzedniej wiadomosci - nie wiem czy udalo sie chlopakom dodac dwie czy jedna - powinny byc 4 wpisy (nie liczac 2 powtarzajacych sie).

Using Format